Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitołamacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitołamacz. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lutego 2022

#9 mitołamacz Czy Pan Jezus był nieślubnym dzieckiem?


"Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło" (Mt 1,20) 


Na niektórych filmach religijnych można zobaczyć wątek, wedle którego Matka Boża jest narażona na ukamienowanie, bo zostaje mamą "nieślubnego" dziecka. No bo przecież stało się to, "wpierw nim zamieszkali (z Józefem) razem" (Mt 1,18). Na tym się bardziej skupiamy, a tymczasem jeszcze w tym samym wersecie gdy poczytamy szerzej, brzmi on tak: "Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego" (Mt 1,18). Tu jest słowo klucz: zaślubiny.

fot. pixabay.com

Okazuje się zatem, że nasze współczesne zwyczaje zaciemniają nam nieco obraz realiów tamtych czasów. W naszym dzisiejszym odczuciu traktujemy zaślubiny Maryi i Józefa jako zaręczyny, a dopiero gdy mieli zamieszkać razem, staliby się małżeństwem. TO BŁĘDNE ROZUMOWANIE! Jak wyjaśnia znany biblista ks. prof. Mariusz Rosik w czasach Jezusa był zwyczaj, że młodzi po ślubie jeszcze przez ok. rok żyli osobno, po którym to czasie następowało dopiero przeprowadzenie pani (już nie panny od roku) młodej do domu jej męża. Ten rok wcale nie był narzeczeństwem, ale pełnoprawnym małżeństwem. Inny cytat, potwierdzający, że w momencie poczęcia Jezusa Maryja i Józef byli już małżeństwem, znajduje się w perykopie początkowej. Ewangelia wg św. Łukasza jest zupełnie zgodna w tym temacie. Tam czytamy np.: "W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja" (Łk 1,26-27).

A zatem rodzi się pytanie: To za co Matka Boża mogła być ukamienowana, skoro dziecko poczęło się już w małżeństwie? Są tutaj przynajmniej dwie kwestie.

Pierwsza dotyczy tego czy wedle ówczesnego prawa małżonkowie mogli mieć synka lub córkę po zaślubinach, ale jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem? Co ciekawe, w tej kwestii nie było jednolitego prawa w całej Ziemi Świętej. W Galilei, czyli północnej Palestynie, gdzie mieszkała Święta Rodzina w Nazarecie, nakazywano czystość aż do czasu wspólnego zamieszkania. Natomiast w Judei, gdzie było m.in. Betlejem, dzieciątko mogło się począć i urodzić jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem rodziców. Niektórzy bibliści twierdzą, że podróż do Betlejem na słynny spis ludności była podyktowana przede wszystkim nakazem cesarskim, ale także była okazją do ucieczki przed prawem galilejskim, gdzie jak wiemy dziecko mogło się począć dopiero po roku od zaślubin.

Druga kwestia to postawa św. Józefa. Miał on po ludzku sądząc prawo, aby wydać Maryję na ukamienowanie za cudzołóstwo. Mówi się, że jego pierwotna decyzja, aby oddalić Małżonkę, podyktowana była nie tym, że on jej nie ufał, ale tym, że bał się odpowiedzialności, która na niego spadła w związku z niesłychaną nowiną. Dopiero cudowna interwencja anioła sprawiła, że zacny Mąż Boży przyjął do siebie Żonę i danego mu pod opiekę Syna Bożego.

Od teraz będziemy zapewne bardziej krytycznie podchodzić do niektórych wątków z produkcji filmowych, prawda? :)


Zachęcam do szperania po internecie w tym temacie, szczególnie w poszukiwaniu materiałów ks. prof. Rosika. Wiele ciekawych treści znajdziecie na jego stronie internetowej >>>.


PS Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną we wpisie nr 200 >>> pod tym i każdym następnym wpisem znajdziecie zachętę do modlitwy dowolną modlitwą, jeśli możesz to najlepiej Eucharystią, Różańcem św. lub Koronką albo przynajmniej krótkim "Zdrowaś Maryjo"; ale proszę Cię: choć trochę się pomódl! Pomódlmy się w intencjach Pana Jezusa i Maryi, bo oni wiedzą, co w danym momencie jest najlepsze. 
Zapraszam też serdecznie na profile społecznościowe, np. Biblia i Historia. 8 grudnia 2018 r. wystartował InBiRR – Internetowo-Biblijne Róże Różańcowe. Zachęcam Was do wspólnej modlitwy.

Wpis to przede wszystkim Słowo, modlitwa to modlitwa. Pozostał jeszcze czyn. Oczywiście wierzę i mam nadzieję, że każdy wpis jest zachętą do zmiany na lepsze czegoś w czynach, ale poczułem przynaglenie, żeby pod każdym wpisem podrzucać Wam jakąś inicjatywę związaną z szeroko pojętym Słowem Bożym, np. jego głoszenie, co jest bardzo bliskie idei biblijnego rabanowania. Gorąco zachęcam: pomóżmy!

Link do akcji, którą można wesprzeć >>>.

Jeśli przeczytałeś powyższy tekst przynajmniej się pomódl; jeśli możesz, pomóż też materialnie.

Bardzo Cię o to proszę.

Za wszystko serdeczne Bóg zapłać.  

Nie jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i inspiruje Duch Święty.

Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami, udostępnijcie też innym.
 

sobota, 17 października 2020

#8 mitołamacz Stosunek Boga do niewolnictwa


KKK 2414 "Siódme przykazanie zakazuje czynów lub przedsięwzięć, które dla jakiejkolwiek przyczyny – egoistycznej czy ideologicznej, handlowej czy totalitarnej – prowadzą do zniewolenia ludzi, do poniżania ich godności osobistej, do kupowania ich, sprzedawania oraz wymiany, jakby byli towarem. Grzechem przeciwko godności osób i ich podstawowym prawom jest sprowadzanie ich przemocą do wartości użytkowej lub do źródła zysku. Św. Paweł nakazywał chrześcijańskiemu panu traktować swego chrześcijańskiego niewolnika <<nie jako niewolnika, lecz... jako brata umiłowanego... w Panu>> (Flm 16)"


Temat niewolnictwa należy do tych najbardziej spornych i niewygodnych, który w oczach niewierzących może jawić się jako sprawa tabu lub zamiatana pod dywan. Niektórzy wrogowie słysząc o niewolnictwie w Biblii być może zacierają ręce, a wierzący pokrywają się potem. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie! Jednocześnie niewolnictwo może też być jedną z przyczyn, dla których niektórzy chcieliby może wyrzucenia z Biblii chrześcijańskiej Starego Testamentu. Muszę się Wam przyznać, że ja osobiście i na gruncie rozumu, i na gruncie wiary, a także na gruncie serca nie mam z tym tematem jakichś większych problemów. Mam głębokie przekonanie i to poparte analizą, że stosunek Boga do niewolnictwa ukazany w Biblii jest jednym z dowodów na ogromną Jego Miłość pomimo najróżniejszych niewdzięczności człowieka. Jeśli ktoś ma sobie w tym temacie coś do zarzucenia (a niestety ma), to tylko i wyłącznie my ludzie. Zapewne ten tekst, który właśnie czytasz, będzie jedynie pewnym szkicem, wykazem najważniejszych wątków, ale mam nadzieję, że Czytelnicy dobrej woli spróbują mnie zrozumieć.
 
Najprościej rzecz ujmując trzeba powiedzieć, że śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa powinny zadać kłam jakimkolwiek wątpliwościom w Bożą Miłość do człowieka. Jak wierzymy Jezus jest Bogiem, drugą Osobą Trójcy Przenajświętszej, a zatem stanowi jedno z Tym Bogiem, który działał zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Skoro Chrystus zrobił dla nas wszystko, żebyśmy mogli osiągnąć zbawienie, a nie pójść na wieczne zatracenie, na które zasłużyliśmy, jakże możemy wątpić w sprawiedliwość Boga także w stosunku do niewolnictwa? Już w rajskim ogrodzie diabeł skutecznie zasiał w sercu pierwszych ludzi wątpliwość w czystość Bożych zamiarów. Czytamy: "Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło»" (Rdz 3,4-5). W podtekście wypowiedzi węża możemy wyczytać, że diabeł zdaje się mówić: "Czy Bóg na pewno was kocha? Chyba nie, bo coś przed wami ukrywa. Nie słuchajcie go!". Dzisiaj też niektórzy pytają: "czy ten Bóg, który rzekomo dopuszcza niewolnictwo, kocha was? Chyba nie, bo rzekomo nic nie robi, kiedy niewolnikom dzieje się krzywda". Wiem, że taka odpowiedź zupełnie nie zadowala wrogów Kościoła Chrystusowego. Mnie ona wystarcza, ale oczywiście poniżej przyjrzymy się temu zagadnieniu już w bardziej szczegółowy sposób.
 
fot. jplenio, pixabay.com
 
Musimy wyjść od tego, jakie jest prawidłowe podejście do tekstu biblijnego, w tym również do Pięcioksięgu, gdzie znajdują się rzekomo sporne kwestie dotyczące niewolnictwa. Więcej piszę o tym tutaj >>>. Wielu z nas może się błędnie wydawać, że przykładowo w przypadku dajmy na to Księgi Wyjścia jej spisanie odbyło się tak, że siadł Mojżesz, wziął pióro do pisania i słuchał co mu Bóg dyktuje, a on bezwiednie i mechanicznie wszystko spisywał. Prawda jest jednak inna: tak zwane Księgi Mojżeszowe, ale też wiele innych, powstawały na przestrzeni całych wieków. Gdy Bóg mówił do Mojżesza, ten ustnie przekazywał ludowi Boże przesłanie. Recz jasna w czasach Mojżesza powstały kamienne tablice, a także niektóre treści obecnego Pięcioksięgu. Z biegiem czasu zapisywano wszystkie treści i w pewnym sensie interpretowano do nowych warunków, w których przyszło żyć Izraelitom już w Ziemi Obiecanej. Przypuszcza się na przykład, że rozdział Pwt 17 powstał w epoce Królestwa. Musimy w tym miejscu jasno podkreślić, że takie podejście do sprawy nie jest w żadnym wypadku przekłamywaniem zagadnienia, bo wierzymy w tzw. "natchnienie tekstów biblijnych". Wszystkie treści w nich zawarte są za zgodą Bożą, gdyż ich spisywanie odbywało się na zasadzie kooperacji Bosko-ludzkiej. Wielkim błędem jest jednak wyrywanie zdań z kontekstu i twierdzenie, że np. Bóg rzekomo dopuszcza katowanie niewolnika (poniżej zajmiemy się przynajmniej jedną z tych perykop). Bo przecież tak tam jest napisane! - tłumaczą niektórzy czasami. Chodzi o to, że taki cytat trzeba rozważać w kontekście innych treści, zwłaszcza w świetle Objawienia Nowego Testamentu, które jest pełne. A przecież Chrystus w synagodze w Nazarecie powołał się już na tekst ze Starego Testamentu. Odniósł Go do siebie!

"Duch Pański spoczywa na Mnie,
ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie,
abym ubogim niósł dobrą nowinę,
więźniom głosił wolność,
a niewidomym przejrzenie;
abym uciśnionych odsyłał wolnymi,
abym obwoływał rok łaski od Pana" (Łk 4,18-19)
 
A zatem Jezus Bóg-Człowiek, ten sam Bóg, który Jest w Starym Prawie, przychodzi nie po to, żeby niewolić, ale dawać wolność. Poniżej dalsza analiza obszerniej to wyjaśniająca. 

Jednym z kluczowych wydarzeń w dziejach ludzkości, osadzonym niemal na początku biegu tychże dziejów, jest grzech człowieka, tzw. pierworodny, do czego już wyżej pośrednio nawiązaliśmy. Stosunki między Bogiem i ludźmi oraz między samymi ludźmi, ale także między człowiekiem z samym sobą, uległy dramatycznemu popsuciu. Widać to dobitnie na kartach Biblii oraz w naszym życiu. Ten rozdźwięk, między zamysłem Boga, a trudną rzeczywistością po grzechu, pięknie widać we fragmencie Ewangelii św. Mateusza:
 
"1 Gdy Jezus dokończył tych mów, opuścił Galileę i przeniósł się w granice Judei za Jordan. Poszły za Nim wielkie tłumy, i tam ich uzdrowił. Wtedy przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: «Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?» 4 On odpowiedział: «Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela». Odparli Mu: «Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?» Odpowiedział im: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę - chyba w wypadku nierządu - a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo»". (Mt 19,1-9)

fot. KlausHausmann, pixabay.com
 
Myślę, że powyższy fragment jest dla nas szczególnie ważny pod kątem niewolnictwa. Zarówno chrześcijanie jak i niechrześcijanie zgodzimy się chyba, że w raju, w początkowych rozdziałach Biblii Bóg stworzył pierwszych ludzi na zasadzie zupełnej równości. NIE BYŁO tam mowy o jakimkolwiek stworzeniu niewolnictwa przez Boga. Czytamy: "Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem" (Rdz 2,24). Ważne w tym kontekście jest szczególnie sformułowanie "jednym ciałem". Nie ma tu zatem mowy o jakimkolwiek podleganiu, bo jedno ciało nie może sobie podlegać. Zobaczmy, co się stało na skutek nieposłuszeństwa człowieka. Czytamy: "Do niewiasty (Bóg) powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą»" (Rdz 3,16). I tu się zaczyna! Zaczyna się stosunek panowania i uległości. Nie mamy żadnego prawa mówić, że stosunek podległości wyszedł z inicjatywy Boga i jest czymś przez niego chcianym. NIC PODOBNEGO! To zawaliliśmy sami, my ludzie, i to się za nami ciągnie po dziś dzień. 
 
Osobiście bardzo lubię koncepcję porównującą dzieje ludzkości do rozwoju człowieka. Wydaje mi się, że możemy porównać pierwszych ludzi do człowieka dojrzałego, powiedzmy ok. 40, 50 lat, który jest już w pełni ukształtowany duchowo, fizycznie i psychicznie. Po grzechu pierworodnym stało się coś niedobrego, zdziecinnieliśmy jako ludzie w najgorszym tego słowa znaczeniu. Wylądowaliśmy w kołysce i zaczęła się mozolna droga ponownego dochodzenia do dojrzałości. "Osiemnastka" ludzkości wydarzyła się z chwilą przyjścia Jezusa na ziemię. My ludzie byliśmy już na tyle przygotowani, że mogliśmy wejść w nową fazę. Może to przykład dość brutalny, ale grzech pierworodny był czymś w rodzaju udaru mózgu, którego doznała ludzkość. Po tym wydarzeniu ludzie na nowo musieli się uczyć chodzenia, mówienia, jedzenia, wykonywania najprostszych czynności. Ten proces będzie zapewne trwać aż do końca świata kiedy w niebie na powrót staniemy się ludźmi sprzed grzechu albo nawet kimś jeszcze bardziej niezwykłym. Oczywiście proszę tej koncepcji nie zestawiać z zachętą Jezusa, żebyśmy stawali się jak dzieci, bo to w ogóle inna sprawa. Bardzo cenię duchowość dziecięctwa Bożego, ale nie o tym dzisiaj. Mnie chodzi o niedobre zdziecinnienie, a w tej koncepcji stanem pożądanym i optymalnym jest dojrzałość.
 
Powyższy cytat: "Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem" (Rdz 2,24) dowodzi też, że w zamyśle Bożym jedyną i najlepszą drogą dla człowieka w przypadku małżeństwa, był związek monogamiczny. Wiemy, że po grzechu się to rozjechało i nawet patriarcha Jakub miał dwie żony i dwie niewolnice, z którymi miał dzieci. Zauważmy jednak, że po ustanowieniu arcykapłanów, Bóg polecił, że mogą oni mieć tylko jedną żonę i to w dodatku poślubiali dziewicę. Z kolei jeszcze później św. Paweł w liście do Tymoteusza napisał: "Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania" (1 Tm 3,2). A co mamy dzisiaj? Duchownych obowiązuje celibat, a zatem Kościół Chrystusa poprowadził wybranych do najdoskonalszej drogi życia, kiedy człowiek poświęca się tylko Bogu i działa dla innych nie wiążąc się z drugim człowiekiem. To oczywiście bynajmniej nie oznacza, że małżeństwo jest czymś złym. Przeciwnie, to stan pobłogosławiony przez Boga już w raju.

Sprawa małżeństwa jest tylko jedną z dziedzin, poprzez które można pięknie pokazać, jak ludzie w różnych sferach życia na nowo dorastają do stanu sprzed grzechu. W tym momencie może komuś zrodzić się wątpliwość, dlaczego Bóg nie zadziałał od razu i nie ustanowił na przykład pierwszych patriarchów od razu bezżennymi biskupami albo nie nakazał Izraelitom kochać wszystkich wrogich narodów. Tu wchodzimy na grunt, który ściśle wiąże się z tematyką grzechu pierworodnego i tzw. grzechów osobistych; chodzi mianowicie o wolną wolę. Grzech człowieka nie jest czymś, co idzie w próżnię, jak mogłoby się wydawać wielu współczesnym ludziom: "ja sobie grzeszę i nic nikomu do tego!". Czy aby na pewno...? Grzech pierworodny pokazał, że każde zło pociąga za sobą konsekwencję. Bóg w swojej Mądrości odwiecznej nie stworzył maszyn, ale LUDZI. A żeby mogła realizować się Miłość prawdziwa, a nie chory związek czy ubezwłasnowolnienie, potrzebna jest wolność. Zauważmy, że w raju Bóg nie chodził wszędzie za Adamem i Ewą po rajskim ogrodzie, ale zostali oni obdarzeni pewną przestrzenią wolności. Skoro w swej wolności powiedzieli Bogu nie, musieli ponieść tego konsekwencje. Bóg nie jest naiwny, ale sprawiedliwy i nie mógł zaprzeczyć tej sprawiedliwości, więc ludzie musieli ponieść konsekwencje swoich grzechów. Nie pozostawił ich jednak samym sobie. Już w raju Bóg ogłosił tzw. Protoewangelię, czyli pierwszą zapowiedź Zbawiciela. Oto ona: "Wprowadzam nieprzyjaźń (mówi Bóg) między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę». Swoją drogą czyż to nie jest wprost niezwykłe, że mamy już tu odniesienie do Maryi, która bez udziału mężczyzny poczęła Boga, który poprzez swój Kościół (potomstwo niewiasty) pokona siły zła? Mowa jest o niewieście, a nie o jakimś bohaterze czy supermanie. Zastanówmy się nad tym dobrze, ale to nie jest wiodący temat tego wpisu.

fot. Redleaf_Lodi, pixabay.com
 
Pamiętajmy przy tym wszystkim, że wiele opowieści biblijnych, w tym ta o stworzeniu świata i grzechu pierworodnym, nie stanowi zapisów kronikarskich, ale pewne symbole. Przekaz i ich sens jest w nich najistotniejszy i taki właśnie staraliśmy się wydobyć powyżej. A przy okazji raz jeszcze polecam inny tekst z tej serii o tym jak czytać Biblię >>>. Idźmy dalej.

A zatem po grzechu pierworodnym wiele spraw się popsuło. Jedną z nich było właśnie owo sporne niewolnictwo. Wiemy już, że Bóg NIE CHCIAŁ niewolnictwa. Człowiek jednak uwikłał się w te trudne relacje nadrzędności i podległości. Wiemy, że niewolnictwo kwitło przez wieki. Wiele narodów w starożytności dopuszczało się na tej niwie obrzydliwych wynaturzeń. I tu są tacy, którzy gorszą się rzekomym przyzwoleniem Boga na niewolnictwo. Przeciwnicy chrześcijaństwa czasami sięgają po fragment "Kto by pobił kijem swego niewolnika lub niewolnicę, tak iżby zmarli pod jego ręką, winien być surowo ukarany. A jeśliby pozostali przy życiu jeden czy dwa dni, to nie będzie podlegał karze, gdyż są jego własnością" (Wj 21,21). Oczywiście: z naszego współczesnego punktu widzenia takie podejście do sprawy nie wydaje się szczególnie sprawiedliwe i po pobieżnej lekturze i bez zrozumienia kontekstu, może budzić niepokój. Wiemy jednak, że na skutek pogmatwanych losów ludzkości Bóg pewne rzeczy dopuszczał, ale nie oznaczało to, że je chciał. Jeśli poczytamy dobrze całą Biblię i wszystkie te fragmenty, gdzie jest mowa o niewolnictwie zorientujemy się, że podobnie jak w wyżej opisanej sytuacji małżeństwa tak i w przypadku niewolnictwa następował pewien rozwój podejścia do niego. Widzimy, że wbrew fałszywym pozorom Bóg brał w obronę niewolników (którzy w różnych zakątkach ówczesnego świata mieli o wiele gorzej niż w Izraelu), ale szanując wolną wolę i ówczesny stan rozwoju człowieka, nie powiedział jasno i jednoznacznie: nie wolno ci mieć niewolnika! Gdyby już wtedy tak zrobił to byłoby tak, jakby powiedział czterolatkowi: "podaj mi proszę wzór na pole koła". Dziecko niechybnie odpowiedziałoby: "hę? Ja chcę do zabawy! Tata, ja chcę do piaskownicy!".

Wraz z upływem stuleci, a już szczególnie po przyjściu Pana Jezusa, sytuacja zmieniała się raptownie, choć oczywiście nie padło jednoznacznie hasło: "koniec z niewolnictwem!". Pośrednio (a nawet w sumie bezpośrednio w cytowanym wyżej tekście z Iz, który do siebie odniósł Jezus) i wymownie jednak padło! Zobaczmy, jak czytamy u św. Pawła: "Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie" (Ga 3,28). Czy to "kimś jednym" nie przypomina Wam wyrażenia z Rdz: "jednym ciałem"? Chrystus jest tym, który na nowo zrodził nas przez Maryję do nieba! Z drugiej strony znany jest List św. Pawła do Filemona, gdzie pojawia się zbiegły niewolnik Onezym. Czytamy tam zdumiewające słowa: "Może bowiem po to oddalił się od ciebie (niewolnik Onezym od pana Filemona) na krótki czas, abyś go odebrał na zawsze, już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego. [Takim jest on] zwłaszcza dla mnie, ileż więcej dla ciebie zarówno w doczesności, jak w Panu. Jeśli więc się poczuwasz do łączności ze mną, przyjmij go jak mnie! Jeśli zaś wyrządził ci jaką szkodę lub winien cokolwiek, policz to na mój rachunek! Ja, Paweł, piszę to moją ręką, ja uiszczę odszkodowanie - by już nie mówić o tym, że ty w większym stopniu winien mi jesteś samego siebie" (Flm 15-19). Doprawdy niezwykłe! Cóż za postęp w duchowości ludzkości, którą znamionuje św. Paweł. Nie dość, że zachęca Filemona do przyjęcia Onezyma już na innych zasadach, to jeszcze zobowiązuje się pokryć szkody, które ten mógł wyrządzić. Jak to mawia pewien ksiądz: "Czaicie to?". Pierwsi chrześcijanie inaczej patrzyli na niewolnictwo niż wtedy, gdy byli jeszcze poganami. Wiedząc, że w Jezusie wszyscy są jednym, zarówno panowie jak i niewolnicy, nie mogli (jeśli oczywiście byli tzw. praktykującymi chrześcijanami) godzić się na upodlenie podwładnych, ale musieli traktować ich z godnością.
 
To jasne, że na przestrzeni późniejszych wieków świeccy jak i duchowni mają wiele na sumieniu jeśli chodzi o niewolnictwo, to jednak w niczym nie umniejsza faktu, że zrozumienie niewolnictwa w Kościele postępowało coraz bardziej w dobrym, bardziej rajskim kierunku, choć podkreślmy to jeszcze raz: nie brakowało momentów, a nawet okresów, kiedy Kościół się potykał i odchodził od ideałów i wartości, ale ciągle jednak szedł do przodu. W wielu przypadkach wbrew pozorom ludźmi powodowały jednak szczytne intencje i z założenia niewolnictwo nie miało się sprowadzać do poniżania drugiej osoby. Brutalna rzeczywistość najczęściej krwawo obalała jednak szczytne ideały. Czasami nawet dojrzalszemu człowiekowi zdarzy się palnąć jakąś dziecinną głupotę, nawet z rozmysłem, i takimi jesteśmy na przestrzeni wieków: niby dojrzali ludzie, a czasami mamy ciągoty, żeby wrócić do kołyski. Uwaga: tu kluczowy moment! NIE MA już trwałego powrotu do kołyski! Po przyjściu Chrystusa nic już nie jest takie samo. Analogicznie nie możemy powiedzieć, że niewolnictwo możemy teraz kiedykolwiek uznać za coś chwalebnego. Nauczanie Kościoła w tej materii jest jasne. Zacytowałem je w nagłówku. Powtórzę jeszcze raz: KKK 2414 "Siódme przykazanie zakazuje czynów lub przedsięwzięć, które dla jakiejkolwiek przyczyny – egoistycznej czy ideologicznej, handlowej czy totalitarnej – prowadzą do zniewolenia ludzi, do poniżania ich godności osobistej, do kupowania ich, sprzedawania oraz wymiany, jakby byli towarem. Grzechem przeciwko godności osób i ich podstawowym prawom jest sprowadzanie ich przemocą do wartości użytkowej lub do źródła zysku. Św. Paweł nakazywał chrześcijańskiemu panu traktować swego chrześcijańskiego niewolnika nie jako <<niewolnika, lecz... jako brata umiłowanego... w Panu>> (Flm 16)".

Mało tego: Kościół Chrystusowy nie tylko zakazał niewolnictwa, ale wykształcił także niezwykle chwalebną jego postać, którą wręcz... postawił za wzór. Zerknijmy do słynnego 13. rozdziału Ewangelii św. Jana. Widzimy tam Jezusa, który w czasie Ostatniej Wieczerzy, tuż przed swoją męką i okrutną śmiercią, umywa uczniom nogi. On - Bóg-Człowiek - wykonuje czynność... niewolnika właśnie. Pada tam nawet takie oto stwierdzenie z ust Jezusa: "Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem" (J 13,14-15). Mówiąc językiem młodzieżowym: normalnie szczęka opada. To jest właśnie najwymowniejszy powrót do raju: jeden człowiek w zupełnej wolności służy drugiemu jak niewolnik, ale niewolnik miłości. To jasne, że my ludzie po grzechu pierworodnym jesteśmy niestety skażeni i to niewolnictwo na przestrzeni dziejów w naszym wykonaniu, także ludzi wierzących w Boga, przeradzało się jakże często w wyzysk, poniżanie i upadlanie drugiej osoby. Musimy sobie w takich sytuacjach przypominać znane nam już dobrze słowa: "lecz od początku tak nie było".
 
Jezus powiedział też: "Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić" (Mt 5,17). W komentarzu czytamy: "wypełnić - tzn. udoskonalić; ale, jak wskazują następne przykłady, może to również odnosić się do wypełnienia proroctw, zawartych o Nim jako Mesjaszu w Prawie i Prorokach" (por. Łk 24,44). No właśnie, sprawa niewolnictwa w tym kontekście rysuje się nader klarownie: Chrystus w czasie choćby wspomnianej Ostatniej Wieczerzy udoskonalił, tudzież wypełnił także i to prawo.
 
W nawiązaniu do powyższego powinniśmy jeszcze podkreślić, że Jezus miał właśnie m.in. tę niezwykłą cechę, że nie obalał ówczesnych porządków polityczno-społecznych, ale przypominał o ich właściwej hierarchii i istocie. Można podawać wiele przykładów. Wielu ludzi, łącznie z uczniami Jezusa, uważało, że przyszedł on po to, żeby wyzwolić ich naród spod okupacji rzymskiej. Chrystus natomiast kładł nacisk na wolność ducha, wolność od grzechu. A jeśli chodzi o fizyczną wolność narodu to wręcz przeciwnie: zapowiedział jeszcze większą katastrofę - zburzenie Jerozolimy. Ale przecież nie ta wolność fizyczna była najważniejsza! Gdy przyszli do Jezusa światli ludzie z zapytaniem czy trzeba płacić podatek dla cezara, wiemy co On odpowiedział: nakazał oddawać Bogu to co Boskie, a cezarowi to co cesarskie. Gdy przyszli do Jezusa z kobietą cudzołożną, On najpierw zapytał o czystość ich własnych serc, co dopiero dałoby im prawo do ukamienowania grzesznicy. Znowu Jezus wskazał na istotę. To tylko nieliczne przykłady, z których jednym może być też sprawa niewolnictwa. Od zniesienia fizycznego niewolnictwa ważniejsze było zniesienie niewolnictwa ludzkich serc. Bo jeśli ludzkie serca niewoli grzech to na nic zda się jakiekolwiek usuwanie niewolnictwa: człowiek tak czy inaczej byłby niewolnikiem. Niejednokrotnie niewolnik mający wolne serce jest dużo bardziej wolny od jego pana, który ma serce zniewolone. To jest esencja Ewangelii, bez której zrozumienia chyba nigdy nie zrozumiemy nauczania Biblii o niewolnictwie.
 
Giotto di Bondone, Chrystus przekonuje Piotra, wikimedia w domenie publicznej

Chciałbym jeszcze podkreślić, że niezwykle piękną i godną polecenia praktyką w Kościele jest tzw. niewolnictwo Maryi. Do tego aktu można się przygotować odbywając specjalne 33-dniowe rekolekcje według przesłania św. Ludwika Marii Grignon de Montfort. Człowiek wierzący tym samym oddaje się Maryi na wyłączną własność i jest to najwspanialsza i najprostsza droga do Nieba, droga do prawdziwej wolności.

Podkreślmy jeszcze, że najwłaściwsze podejście chrześcijaństwa do sprawy niewolnictwa reprezentowała też św. Matka Teresa z Kalkuty. Żyła wedle maksymy - być "niewolnikiem" wszystkich. Jej niewolnictwo nie odstraszało, niewolnictwo rozumiane już w sposób pełny, wedle zamysłu Bożego, a nie tego wykrzywionego, ludzkiego.
 
Na koniec podzielę się z Wami refleksją zasłyszaną od teologa Mikołaja Kapusty, który prowadzi kanał Dobra Nowina. Vloger podkreślił, że zanim Jezus Chrystus na krzyżu wziął na siebie całe zło i konsekwencje grzechu, spadały one często właśnie na ludzi, stąd nierzadko tyle rozlewu krwi i brutalności nawet wobec kobiet i dzieci w Starym Testamencie. Pod to można śmiało podpiąć także niewolnictwo, w którym w krwawy sposób rysowało się także zepsucie człowieka, o czym już sobie powyżej mówiliśmy. Dopiero właśnie na mocy zbawczej męki Pana naszego Jezusa Chrystusa oddaliły się od nas straszne skutki naszych grzechów i zostaliśmy usprawiedliwieni przez Zbawiciela, o czym tak często pisze w swoich listach św. Paweł. Grzech, choćby najmniejszy, nigdy nie idzie w próżnię, o czym tak dobitnie przekonujemy się choćby patrząc na krzyż lub rozważając mękę Jezusa - On to wszystko wziął na siebie.
 
Czy masz jeszcze jakieś wątpliwości co do tego, że Bóg Cię kocha? Odpowiedz sobie szczerze. 
 
 


i wiele innych. Poszperajcie po Internecie, a znajdziecie :)
 
Wybaczcie, to chyba to tej pory najdłuższy tekst na tym blogu ;)
 
Nie jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i inspiruje Duch Święty.

Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami, udostępnijcie też innym.
 

poniedziałek, 7 października 2019

#7 mitołamacz Chrześcijaństwo - z Maryją czy bez Niej?

KKK 970 "Macierzyńska zaś rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi... wywodzi się z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją" (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 60)


Temat, którym zajmiemy się w tym odcinku Mitołamacza, jest jednym z bodaj najczęściej poruszanych i komentowanych w kontekście Biblii oraz roli Maryi, Matki Chrystusa, w chrześcijaństwie. Podczas gdy dla wielu, zwłaszcza katolików, jest ona wielką Postacią, wynoszoną na najwyższe piedestały, przez innych, szczególnie protestantów, jest odsuwana na margines. Jak to jest? Kto ma rację?

Sam wielokrotnie spotykam się zazwyczaj w internecie z zarzutami jak to my, katolicy, jakoby zbytnio gloryfikujemy rolę Maryi w naszej wierze i czynimy ją, rzekomo, równą Bogu. Od razu ważna uwaga: jeśli ktoś rzeczywiście uznawałby Matkę Boską za boga, byłby w paskudnym błędzie i jawnej opozycji do oficjalnej nauki Kościoła katolickiego. Dlatego można uspokoić wszystkich protestantów - Maryja nie była, nie jest i nigdy Bogiem nie będzie, bo jeden jest nasz Bóg i Pan w trzech Osobach Boskich. Co innego jednak cześć do Maryi jako doskonałego człowieka, a to już jest zupełnie inna kwestia, którą niestety bardzo wielu ludzi z zewnątrz, ale i w łonie Kościoła katolickiego, błędnie postrzega. A wielka szkoda!

fot. isaiahkim, Pixabay.com

Oddawać Maryi cześć jako Matce naszego Pana i traktować Ją jako najdoskonalsze Boże stworzenie nie tylko możemy, ale i powinniśmy. Nie brakuje nawet głosów, że świat, w tym my wszyscy, musimy całkowicie oddać się Matce Bożej, gdyż tylko w Jej Niepokalanym Sercu jest nasz ratunek i ocalenie całej ludzkości. Już Prymas Polski August kard. Hlond mówił: "Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję". Tę myśl przejął również Prymas Wyszyński no i oczywiście św. Jan Paweł II.

Rzecz jasna
ważne są logiczne argumenty, ważne dowody, ważna argumentacja i nauczanie Kościoła, ale tak naprawdę mogą one niewiele zdziałać, jeśli ktoś nie doświadczy osobiście opiekuńczej, cichej i pewnej roli, jaką Maryja ma względem nas - jest to prowadzenie do Jezusa. To jest zadziwiające, że jeśli tak naprawdę wejdziemy w zdrowy kult Maryi to przekonamy się, że Ona naprawdę nie zatrzymuje na sobie żadnego splendoru ani chwały - wszystko kieruje do Swojego Syna, który jednak cieszy się, gdy Jego Matka jest czczona i kochana. Pięknie to widać na przykładzie nabożeństw 9 pierwszych piątków miesiąca i 5 pierwszych sobót. Oba te nabożeństwa skierowane są ku dwom Sercom - Syna i Matki, zespolonym i pełnym Miłości.

To fakt, że o Matce Bożej mówi stosunkowo mało fragmentów Nowego Testamentu. Jej obecność jest właśnie jakoby ukryta, ale z drugiej strony nieodzowna i niesłychanie wyjątkowa. Za to w dość licznych perykopach starotestamentowych doszukamy się zapowiedzi Maryi i jej roli w dziele zbawienia. Zauważmy jednak, że skoro Jezus wisząc na krzyżu dał nam Maryję za Matkę, a Matkę powinno się szanować i Jej słuchać, to co ciekawe ci, którzy powołują się na Biblię odrzucając Maryję, nie są wierni Biblii! Chrystus przekazał nam Maryję w testamencie, więc dlaczego mielibyśmy Ją odrzucać? W dwóch tekstach na tym blogu rozważaliśmy sobie tajemnice Różańca św. i tam szczególnie podkreśliliśmy, że Maryja przeszła niezwykłą drogę pokory od Zwiastowania aż do chwały nieba, co obrazuje 5 tajemnica chwalebna >>>.




Pamiętać też musimy, że chrześcijaństwo NIE JEST religią księgi, o czym swego czasu sobie mówiliśmy >>>. Nie powinniśmy powoływać się tylko i wyłącznie na fragmenty z Biblii, które są oczywiście najważniejsze, ale liczy się też tzw. Tradycja, czyli m.in. przekazy członków pierwotnego Kościoła, mocno ugruntowane i potwierdzone autorytetem papieża. A w tych przekazać rola Matki Bożej od bardzo dawnych wieków jest ogromna.

Paradoksalnie wyjątkowość Maryi podkreślana jest przez samego szatana w trakcie egzorcyzmów. Ileż to razy zły duch wyraża jawnie swoją wrogość pod adresem Maryi, która przywoływana w egzorcyzmach jest najbardziej skuteczną Obroną w procesie uwolnienia osoby spod wpływu diabła.

A oto pewna historia zasłyszana przeze mnie od jednego kapłana, który z kolei opowiadał o wydarzeniu, którego świadkiem był jego kolega ksiądz. Pewnego razu chyba w trakcie jakichś rekolekcji młoda dziewczyna po przybyciu w okolice kaplicy lub wejściu do niej zaczęła krzyczeć, a konkretnie uaktywnił się w niej zły duch. Inny ksiądz zaczął się nad nią modlić, ale demon nie dawał za wygraną. Kolega tego księdza, który opowiedział nam tę historię, zaczął się w ciszy modlić na różańcu. O dziwo, złość demona skupiła się teraz na nim, a nie na kapłanie, który otwarcie próbował wypędzić szatana. Doszło nawet do tego, że zły zagroził, iż powie na głos grzechy modlącego się na różańcu kapłana. Ten zaryzykował i modlił się dalej, bo przecież nie może ulec diabłu i zaprzestać modlitwy. Koniec końców spokojnie domówił dziesiątek do końca. Następnie zapytał diabła, dlaczego ten jednak tych grzechów nie powiedział na głos. Diabeł odrzekł, że zabroniła mu Maryja. A mówił prawdę, bo chyba wtedy został przez kapłanów z mocą Bożą zmuszony do mówienia prawdy. 



Jeszcze innym dowodem na wyjątkowość posłannictwa Maryi są jakże liczne Jej objawienia na całym świecie. Żaden inny człowiek czegoś takiego nie dostąpił. Wystarczy poczytać o którymkolwiek z owych objawień, których nie brak. Bardzo polecam potężną księgę pt. "Świat Maryjnych objawień" - jest tam opisanych 100 najważniejszych objawień na ok. 1000 stronach!

Kończąc powoli, chciałbym się podzielić jeszcze jedną historią zasłyszaną od tego samego księdza, którego opowieść poznaliście powyżej. Pewne małżeństwo nie mogło przez lata doczekać się potomstwa. Prosili nawet tego księdza, żeby wskazał jakiś ratunek, bo lekarze już załamywali ręce. Wtedy w trakcie modlitwy jedna z posługujących osób dostała słowo poznania od Boga, że ta niepłodność jest skutkiem jakiejś nierozwiązanej sprawy rodzinnej, dotyczącej prawdopodobnie babci czy kogoś ze starszych. Kobieta skontaktowała się z babcią i okazało się, że gdy owa babcia była młoda przechodziła przez bunt wobec Pana Boga i w przypływie złości swego czasu podeptała różaniec. Gdy to wszystko wyszło na jaw odbyło się nabożeństwo przebłagalne i wynagradzające za tę niewdzięczność. Gdy ten ksiądz po roku znów tam przybył na rekolekcje to małżeństwo już przyniosło do kościoła zdrowe dzieciątko. Wniosek: Pan Jezus domagał się wynagrodzenia niewdzięczności względem Jego i naszej Mamy.

Na koniec tego odcinka chciałbym polecić szczególnie dwie książki. Pierwsza to jedna z ulubionych lektur naszego papieża Polaka: "Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Pany" autorstwa św. Ludwika Marii Grignon de Montfort. Druga, która również bardzo mnie ujęła, to "Anioł mi powiedział. Autobiografia Maryi" - dzieło kard. Angelo Comastri. Można by o tych kwestiach prawić wiele, ale wystarczy sięgnąć po te dwie pozycje, żeby zrozumieć kim była Maryja i na czym polega zdrowy, prawdziwie katolicki kult Matki Pana naszego.

Poniżej zamieszczam linki do tekstów czy filmików dla pogłębienia wiedzy o potrzebie i jakże wspaniałej roli Matki Bożej w życiu nas wszystkich i w życiu całego Kościoła.

Odsyłam też do Maryjnego 3. sezonu serii Pan Bóg na wakacjach, która ukazała się na Biblijnym Rabanie w trakcie minionych wakacji >>>.

Poprzedni odcinek Mitołamacza >>>

sobota, 22 czerwca 2019

#6 mitołamacz Objawienie publiczne a objawienie prywatne

„Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy - niech będzie przeklęty!” (Ga 1,8)


Motto wprowadzające nas do dzisiejszego mitołamacza to jeden z mocniejszych tekstów św. Pawła. Mamy w nim jak widać zestawione dwa pojęcia tak dalekie znaczeniowo od siebie: "anioł z nieba" i "przeklęty". I to mówi św. Paweł... Jak anioł z nieba może być przeklęty...? Oczywiście jest to pewna forma przesadni, ale bardzo ważna i doskonale rozprawiająca się z pewnym mitem związanym z Biblią, który nawet wielu katolików może uznać za fakt. Kluczem do zrozumienia tego mitu są dwa pojęcia: Objawienie publiczne (Boże) i objawienie prywatne.

Generalnie rzecz ujmując, Biblia i tzw. Tradycja (czyli m.in. różnorodne pozabiblijne przekazy wiary, tzw. depozyt wiary) stanowią Objawienie publiczne (łac. revelatio). I co jest bardzo ważne i o czym mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, to Objawienie zostało już definitywnie ZAKOŃCZONE! Czytamy: "Bóg objawił się w pełni, posyłając swego Syna, w którym ustanowił wieczne Przymierze. Jest On ostatecznym Słowem Ojca; nie będzie już po Nim innego objawienia" (KKK 73).

O tym mówi też jeden z dokumentów Soboru Watykańskiego II: "Ekonomia chrześcijańska, jako nowe i ostateczne przymierze, nigdy nie ustanie i nie należy się już spodziewać żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego, Jezusa Chrystusa" (Sobór Watykański II, konst. Dei verbum 4, KKK 66).

fot. Free-Photos, Pixabay.com
Jeśli komuś jeszcze mało objaśnień w tej kwestii warto także zapoznać się z opinią wielkiego świętego - Jana od Krzyża: "Od kiedy Bóg dał nam swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem, nie ma innych słów do dania nam. Przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz i nie ma już nic więcej do przekazania... To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam swego Syna. Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby Go jeszcze pytać lub pragnąłby jakichś wizji lub objawień, nie tylko postępowałby błędnie, lecz także obrażałby Boga, nie mając oczu utkwionych jedynie w Chrystusa, szukając innych rzeczy lub nowości" (Św. Jan od Krzyża, Subida del monte Carmelo, II, 22; por. Liturgia Godzin, I, Godzina czytań z poniedziałku drugiego tygodnia Adwentu). Święty skomentował fragment z Listu do Hebrajczyków o następującej treści:

 

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna (Hbr 1, 1-2)


Jak wiemy oprócz zakończonego już Objawienia publicznego istnieją tzw. objawienia prywatne (łac. apparitio). Jak je pogodzić z zakończonym już Objawieniem? Bo przecież wiele z objawień prywatnych zyskuje aprobatę Kościoła...? Chodzi o to, że zamknięcie Objawienia publicznego nie wyklucza jego objaśniania, odkrywania na nowo, przypominania, ukazywania w innym świetle, itp. Ważne jest to, że objawienia prywatne, aby mogły być uznane przez Kościół, NIE MOGĄ w żaden sposób wpływać na merytoryczny kształt Objawienia publicznego ani dodać do niego czegoś nowego. Zauważmy, że przykładowo s. Faustyna Kowalska nie otrzymała od Pana Jezusa nic nowego w tych kwestiach, ale przypomnienie przepięknej, biblijnej prawdy o Bożym Miłosierdziu. Jezus położył właśnie szczególny nacisk na ten Boży przymiot, bo uznał, że jest on szczególnie istotny w tej epoce historycznej. Ale co do istoty sprawy to nic nowego! Inny przykład: Matka Boża w Fatimie >>> nie powiedziała niczego nowego, ale przypomniała o potrzebie modlitwy, nawrócenia i pokuty za grzechy. Nie jest chyba niczym odkrywczym jeśli powiemy, że o tym wszystkim jest mowa w Biblii i Tradycji.

Przytoczmy jeszcze fragment z KKK: "W historii zdarzały się tak zwane objawienia prywatne; niektóre z nich zostały uznane przez autorytet Kościoła. Nie należą one jednak do depozytu wiary. Ich rolą nie jest "ulepszanie" czy "uzupełnianie" ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej. Zmysł wiary wiernych, kierowany przez Urząd Nauczycielski Kościoła, umie rozróżniać i przyjmować to, co w tych objawieniach stanowi autentyczne wezwanie Chrystusa lub świętych skierowane do Kościoła. Wiara chrześcijańska nie może przyjąć "objawień" zmierzających do przekroczenia czy poprawienia Objawienia, którego Chrystus jest wypełnieniem. Chodzi w tym wypadku o pewne religie niechrześcijańskie, a także o pewne ostatnio powstałe sekty, które opierają się na takich "objawieniach" (KKK 67).

Swego czasu polscy biskupi przypominali wiernym, że Biblia i Tradycja to fundamenty wiary i trzeba je uznawać, natomiast z objawieniami prywatnymi trzeba uważać. Nie ma nawet obowiązku uznawać te zatwierdzone przez Kościół, choć oczywiście zdecydowanie warto dla umocnienia i utwierdzenia swojej wiary.



A zatem na koniec dzisiejszego tekstu ostatecznie obalmy mit, jakoby Biblia i Tradycja nie były wystarczające i należałoby słuchać wszystkich prywatnych wizjonerów, którzy nierzadko podają się jako ludzie specjalnie wybrani przez Boga, który objawił im coś zupełnie nowego. Jak wiemy jest to nieprawda!!! Na tym fałszu bazuje wiele sekt i parawspólnot chrześcijańskich. Dlatego m.in. tutaj na Biblijnym Rabanie pochylamy się nad Bożym Słowem, ale nie po to, żeby coś do niego dodawać, ale po prostu staramy się go lepiej odkrywać i analizować.

Zachęcam Was gorąco do sięgnięcia po starsze mitołamacze. Zwłaszcza ten z numerem 3 >>> jest mocno powiązany z dzisiejszym tematem, choć dotyka raczej relacji między Biblią i Tradycją, a nie Objawieniem publicznym i prywatnym. Poczytajcie też inne mitołamacze >>>. A może macie ochotę na najświeższy tekst na Radośniku >>>, który ukazał się przed tym, który właśnie przeczytałeś?

 Pozdrawiam Was serdecznie!

Bibliografia:

1. Biblia - tak! Objawienia prywatne - ostrożnie!;
2. Tylko Biblia?;
3. Katechizm Kościoła Katolickiego



niedziela, 2 grudnia 2018

#5mitołamacz Jedyny taki ktoś we wszechświecie

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15)


Dziś przeżywamy wyjątkowy dzień - Dzień Pański, a zarazem I niedzielę Adwentu, która rozpoczyna nowy rok liturgiczny. Listopad i początek grudnia to czas, kiedy bardziej niż zwykle nasze myśli biegną ku sprawom ostatecznym. Odwiedziny cmentarzy i czytania liturgiczne mimowolnie przypominają nam o końcu, a raczej o początku, bo dla nas chrześcijan śmierć zaczyna, nie kończy, to co najlepsze.

Tematyka dzisiejszego wpisu zrodziła mi się właśnie w kontekście tego typu apokaliptycznych treści, ale chyba decydującym impulsem było coś innego; dość nietypowego. Swego czasu tak się złożyło, że miałem okazję dwa, może trzy razy rozmawiać przez telefon z pacjentem szpitala psychiatrycznego. Wiecie jak to jest: często mimowolnie traktuje się słowa takich osób z przymrużeniem oka. To może okazać się jednak w wielu przypadkach poważnym błędem. I tak było w naszym przypadku. W pewnym momencie mężczyzna stwierdził, że wierzy, iż w Apokalipsie św. Jana jest ukryta jego historia. Przyznam, że trochę się w środku uśmiechnąłem. Jakoś tak mi jego osoba nie pasowała do poważnej księgi wieńczącej Biblię. I generalnie rzecz biorąc ów pan przesadzał, ale z drugiej strony, gdy się tak dobrze zastanowimy, miał rację...

Po przemyśleniu tych spraw zdałem sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy powinniśmy myśleć podobnie, bo tak właśnie jest: Biblia jest księgą o mnie i o Tobie. Tak właśnie jest! Często ulegamy pokusie, żeby traktować Biblię jako księgę o wszystkim i o wszystkich, ukazującą dzieje ludzkości, nieprzebranych rzesz świętych i grzeszników. Niemniej jednak Pismo Święte jest Słowem Boga do każdego z nas skierowanym bezpośrednio, bo każdy z nas jest jedyny we wszechświecie. Bóg kocha wszystkich, ale przede wszystkim kocha każdego i nikogo nie kocha tak jak Ciebie, bo jesteś jedyny, jesteś absolutnie wyjątkowa dla niego. Pan Jezus umarł na krzyżu za ludzkość, ale i bezpośrednio za Ciebie. Proszę, uwierz w to!

Jeśli dobrze wczytamy się w Słowo znajdziemy bez liku tekstów kierowanych bardzo bezpośrednio. Często Bóg zwraca się do konkretnych postaci, ale nie inaczej zwraca się do mnie i do Ciebie, bo jak wiemy każdy z nas jest absolutnie wyjątkowy.

„Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci jasne” 
(Ps 139, 1-3)

Myślę, że u progu nowego roku liturgicznego warto się nad tym zastanowić, przemyśleć i przyjąć z wielką miłością. I nie chodzi tutaj o to, żeby prowadziło nas to do egoizmu i narcyzmu, ale do tego, abyśmy tak na serio przyjęli wyjątkową Miłość Boga do nas i dzielili się tym ogromem miłości z innymi, którzy w to nie wierzą.

Życzę Wam i sobie dobrego wejścia w Adwent i przeżycia go jak najlepiej, w miłości Bożej i drugiego człowieka.

Zastanawiałem się czy i jeśli tak to co będzie się działo na Biblijnym Rabanie w Adwencie. Rok temu, jak może ktoś pamięta, ukazały się cztery odcinki minikonferencji "Cztery spotkania". W tym roku chciałbym znów, głównie w soboty adwentowe i jeden wpis w jakiś inny dzień, opublikować cztery, krótkie teksty, adwentowe przemyślenia. Na razie zdradzę tylko tytuł: "Cztery Adwenty i jeden Pan Bóg". Nie obiecuję, że uda się to wszystko zaaranżować zgodnie z planem, ale spróbujemy. Serdecznie zapraszam Was i jeśli możecie, polećcie innym.

Szczęśliwego nowego roku liturgicznego!


fot. Free-Photos (Pixabay.com)

    sobota, 16 czerwca 2018

    #4mitołamacz Biblijne proroctwa, przepowiednie, wizje – wierzyć czy nie wierzyć?

    „Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie. Nieprzewidywanie może stanowić brak odpowiedzialności” (KKK 2115)


    Zdarza się, że biblijne proroctwa rozbudzają wyobraźnię nawet tych, którzy nie deklarują się jako bardzo wierzące osoby. W związku z tym analizują Pismo Święte przede wszystkim pod kątem cudowności, wizji, objawień, przewidywań dotyczących przyszłych zdarzeń. Z kolei wielu głęboko wierzących chrześcijan próbuje na wszelkie możliwe sposoby zestawiać to, o czym mówi jakieś proroctwo z wydarzeniami historycznymi lub tymi, które rzekomo mają nadejść. Okazuje się, że ani jedna, ani druga postawa nie jest do końca właściwa. Dlaczego? O tym w dzisiejszym wpisie.


    fot. ractapopulous (Pixabay.com)

    Kluczowy w tym temacie wydaje się cytat z Katechizmu Kościoła Katolickiego, który stanowi motto tego tekstu (KKK 2115). To prawda, że Biblia zawiera bardzo wiele proroctw, przepowiedni i wizji; mamy nawet szereg ksiąg tzw. prorockich. A już na pewno sztandarowymi pismami z tej kategorii są Księga Daniela i nowotestamentowa Apokalipsa św. Jana. Wiadomo, że Bóg w Biblii wielokrotnie posługuje się ludźmi, żeby naświetlić jakieś wydarzenie/wydarzenia z przyszłości, które mają się przydarzyć jakiejś osobie albo społeczności. Trzeba tu jednak być ostrożnym. O ile czas i miejsce spełnienia niektórych proroctw można jasno określić, o tyle z niektórymi jest już większy problem. Ponadto prorok jest często mylnie uważany za synonim przepowiadacza, jasnowidza. W rozumieniu biblijnym prorocy mogli wprawdzie przepowiadać przyszłość i często to robili, ale ich podstawowym zadaniem było komunikowanie ludowi woli Bożej, przemawianie w Bożym imieniu, niekoniecznie w sensie przepowiadania przyszłości.

    Najważniejszymi wydarzeniami biblijnymi, których spełnienie zapowiadali prorocy, i które rzeczywiście wydarzały się w konkretnym czasie są te z życia Pana Jezusa. W Starym Testamencie rzeczywiście zapowiadano, że Jezus się narodzi, a potem zostanie umęczony i zabity. Sam Pan Jezus przygotowywał uczniów na swoją mękę, ale dawał im też do zrozumienia, że Jego śmierć nie będzie kresem, ale początkiem nowej ery w życiu ludzi i narodów. I tak też się stało – Chrystus zmartwychwstał.

    Jest jednak wiele proroctw i przepowiedni w Biblii, do których nie można podchodzić w tak bezpośredni sposób. Gdybyśmy zawsze odczytywali je dosłownie, zabrnęlibyśmy w ślepy zaułek. Dobrymi przykładami mogą być tutaj wizje całkowitego spustoszenia Babilonu i Tyru. Mimo dotkliwych katastrof one nadal istniały. W tym miejscu trzeba wspomnieć o tzw. hiperboli, czyli przesadni stosowanej często w starożytnej kulturze Bliskiego Wschodu. Wiemy już, że Biblia nie jest dyktatem, ale pełnym miłości dziełem współpracy Boga z człowiekiem. Dlatego też autorzy tworzący w tamtych czasach posługiwali się właściwymi dla swojego kręgu kulturowego terminami i sposobami wyrażania Bożych natchnień. Stąd jeśli np. autor pisze o totalnej zagładzie jakiegoś narodu nie musi (choć może) oznaczać to rzeczywistej likwidacji, ale po prostu dotkliwe spustoszenie, które jednak nie okaże się zabójcze dla absolutnie wszystkich.

    W związku z powyższym nie brak głęboko wierzących jak i zwykłych poszukiwaczy sensacji, którzy dokładnie słowo w słowo analizują wizje i próbują z największą precyzją określić, co, kiedy i gdzie kogoś spotka. W Internecie i mediach nierzadko aż roi się od najróżniejszych interpretacji opartych na Biblii odnośnie do rozmaitych spraw, a poniekąd i końca świata.

    Generalnie rzecz ujmując nie można powiedzieć, że powyżej opisane analizy biblijnych wizji i proroctw to coś zupełnie karygodnego. Otóż nie – one przecież też należą do tekstu Pisma Świętego i wedle Bożego zamysłu tam się znalazły. Chodzi tylko o priorytety i pewien umiar. Doskonale ujmuje to znany nam już cytat z KKK 2115. Trzeba przede wszystkim postawić na zaufanie Panu Bogu i wystrzegać się próżnej, niezdrowej ciekawości. Nie ulega wątpliwości, że biblijne proroctwa spełniały się, spełniają się i będą spełniać. Nie można i nie wolno tego negować, bo groziłaby nam postawa zasygnalizowana w KKK 2115: „Nieprzewidywanie może stanowić brak odpowiedzialności”. Przykładem takiej postawy jest odrzucanie prawdy o tym, że świat kiedyś się skończy i Pan przyjdzie powtórnie na ziemię. Z drugiej strony Chrystus uczy nas czegoś bardzo ważnego w kontekście proroctw.

    Przypomnijmy sobie scenę, gdy Pan Jezus rozmawiał z uczniami tuż przed swoim wniebowstąpieniem: „A podczas wspólnego posiłku kazał im nie odchodzić z Jerozolimy, ale oczekiwać obietnicy Ojca: «Słyszeliście o niej ode Mnie - [mówił] - Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym». Zapytywali Go zebrani: «Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?» Odpowiedział im: «Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi»” (Dz 1,4-8).

    Widzimy nader wyraźnie, że Apostołowie patrzą tak po ludzku, jak i nam się to bardzo często zdarza. Zamiast myśleć na pierwszym miejscu o sprawach Bożych, ich najbardziej interesuje przywrócenie ziemskiego królestwa Izraela. A Pan im na to, że to nie do nich (i nie do nas współcześnie) należy absolutna wiedza na temat zupełnie wszystkich przyszłych wydarzeń. Oni w pierwszej kolejności (ale i my) muszą troszczyć się o zbawienie duszy własnej i innych, o sprawy Boże, a resztę trzeba złożyć w ręce Bożej Opatrzności.

    Reasumując, wszystkie biblijne wizje i proroctwa nie są po to, żebyśmy wiedzieli zupełnie wszystko co, kto, gdzie, kiedy i jak. One w pierwszej kolejności są po to, abyśmy wsłuchując się w Boże przestrogi i pociechy, budowali coraz bardziej zażyłą relację z bliźnimi i z Panem. Powtórzmy: nie chodzi o to, żeby je negować, ale trzeba podchodzić do nich w duchu ufności w Bożą Opatrzność.

    Nie ukrywam, że do napisania tego odcinka Mitołamacza zachęciły mnie przede wszystkim „Straszne rekolekcje” wielkopostne o. Adama Szustaka. Poza tym nasze dzisiejsze rozważania chciałbym zakończyć genialną myślą zawartą w jednym z odcinków programu „Bez sloganu” prowadzonego przez ojców franciszkanów. Ojcowie słusznie zauważyli, że tak często my ludzie uganiamy się za sensacjami i wizjami biblijnymi, katastrofami i końcem świata. Wszystko wyliczamy i dopasowujemy przepowiednie do określonych ludzi, państw i czasów. Tymczasem zapominamy, że tak naprawdę pewnie zdarzy się tak, że nikt z nas obecnie żyjących nie dożyje do końca świata. Być może będzie on niebawem, ale raczej chyba nie. Tak czy inaczej zawsze powinniśmy mieć na uwadze w pierwszej kolejności to, że każdego z nas najpewniej wcześniej spotka nasz osobisty „koniec świata”, czyli śmierć. I powinniśmy zawsze tak żyć, żeby ten koniec naszego świata, w sensie życia, nas nie zaskoczył. A tak żyjąc nie będą nam straszne także wizje apokaliptyczne.


    fot. sciencefreak (fot. Pixabay.com)


    Dzięki za dzisiaj, a już za tydzień na Biblijnym Rabanie ukaże się kolejna niespodzianka. Odsyłam też do pozostałych tekstów z serii Mitołamacz. Serdecznie zapraszam!


    Bibliografia wpisu: