„O północy Paweł i Sylas modlili się, śpiewając hymny Bogu. A więźniowie im się przysłuchiwali. Nagle powstało silne trzęsienie ziemi, tak że zachwiały się fundamenty więzienia. Natychmiast otwarły się wszystkie drzwi i ze wszystkich opadły kajdany” (Dz 16,25-26)
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!
Drodzy!
Przeżywamy Oktawę Wielkanocną, więc jest to najlepsza okazja na publikację kolejnego wpisu z serii Radośnik. I oto on przed Wami :)
Czasami możemy odnieść wrażenie, że wielu z nas chrześcijan postrzega świat w kategoriach triumfu zła albo przynajmniej równowagi sił między dobrem i złem, które to siły się mocują, niczym Jezus z szatanem na tych fatalnych grafikach, które przekłamują rzeczywistość. Tymczasem jak sobie to w tym roku szczególne mocno uświadamialiśmy, między Jezusem i szatanem nie ma absolutnie żadnej równowagi, ale Chrystus jest totalnym Zwycięzcą. Podobnie my, jeśli właśnie staramy się trwać z Nim - naszym Bogiem.
To diametralnie zmienia nasze podejście do świata i od tego zawsze powinniśmy wychodzić. Wszelkie zło, wszelkie nasze zmagania zawsze musimy zanosić pod krzyż Jezusa, gdzie tak naprawdę wszelkie zło już zostało pokonane. Jeszcze póki żyjemy poddani jesteśmy jego działaniu, ale TYLKO i wyłącznie od naszej wolnej woli zależy czy pozostaniemy w pozycji zwycięzców, którą mamy od momentu Chrztu św., czy jednak sami postawimy się w roli przegranych, do czego pociąga nas zły. Chrześcijanin nie traktuje zła jako siły potężniejszej od Boga, ale jako okazję do odpowiadania z miłością na Miłość Boga i do czynienia zwycięstwa jeszcze piękniejszym, bo wypróbowanym w starciu z i tak przegranym szatanem, na które tle to zwycięstwo paradoksalnie lśni jeszcze piękniejszym światłem, Zawsze warto pamiętać o słowach samego Jezusa: "Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat" (J 16,33). To Jezus powiedział jeszcze przed swoją męką! Chrześcijanin nie tyle walczy o zwycięstwo, co z Bożą pomocą stara się, aby zwycięstwo wysłużone przez Chrystusa lśniło jeszcze piękniejszym blaskiem w jego życiu i w życiu innych.
Ten docinek jest swoistym dopełnieniem wielkopostnej serii albo raczej kontynuacją - wykorzystaniem przekonania tam ugruntowanego w ujęciu praktycznym. Bardzo ważny jest tutaj fragment z Dziejów Apostolskich 16,25-40. Jest tam m.in. mowa o tym, że Paweł i Sylas przebywając w więzieniu śpiewali hymny Bogu i nagle, na skutek trzęsienia ziemi więzienie zatrzęsło się aż do samych fundamentów i wszystkie drzwi stanęły przed więźniami otworem, a z ich rąk pospadały kajdany. Zaznaczone jest, że WSZYSCY stali się wolni. Ten przepiękny i jakże mocny fragment dowodzi skuteczności uwielbienia Boga. W Wielkim Poście szczególny nacisk kładzie się na siłę modlitwy, postu i jałmużny. Bardzo słusznie. Te przepiękne praktyki warto praktykować nie tylko w okresie wielkopostnym. Niemniej jednak okres wielkanocny, w którym trwamy przez ok. 50 dni, jest doskonałym czasem, żeby większy nacisk położyć na uwielbienie.
Zauważmy, że więzienie się otworzyło nie na skutek postu w tym przypadku, ale uwielbienia. To podpowiedź dla nas.
Post i uwielbienie możemy traktować jako dwa skrzydła, które winny się uzupełniać. Okres wielkanocny jest jednak szczególnie dobrym czasum, żeby na nowo odkryć potęgę uwielbienia. W związku z tym mam dla Was i dla nas wszystkich propozycję, aby każdego dnia spędzić możliwie najwięcej czasu na uwielbieniu Boga. Niech to uwielbienie będzie w pierwszej kolejności bezinteresowane, a w drugiej kolejności niech towarzyszy nam intencja, aby to uwielbienie łamało to co złe, to co grzeszne, aby unaoczniało Zwycięstwo Jezusa, które już się dokonało. A zatem uwielbiajmy Jezusa pośród trudnych sytuacji życiowych i rodzinnych, uwielbiajmy Go w radościach i smutkach, uwielbiajmy Go nawet w pokładach dobra, które złożył nawet w największych grzesznikach czy agresorach z Rosji, itp.
Uwielbiajmy Boga w wielkich działach, ale także uwielbiajmy Go w rzeczach pozornie małych. Pewnego razu w jednym z odcinków wielkopostnych odniosłem się do wydarzenia z Dzienniczka św. s. Faustyny, gdzie opowiadała ona o tym, jak poprosiła Pana Jezusa, żeby On obdarzył łaską nawrócenia tylu grzeszników, ile ona ścięgien na szydełku zrobi. Dlaczego my nie możemy ofiarowywać, nawet drobnych prac, w duchu uwielbienia i np. w intencji nawrócenia Rosji? To prawda, że w tym fragmencie s. Faustyna mówi o tym, że z powodu posłuszeństwa nie może odbywać w tym momencie postów i umartwień, ale w zamian za to chce ofiarowywać te drobne czynności. Jest to wskazówka dla nas, że nie możemy pomijać postów i umartwień, ale jednocześnie powinniśmy dbać o taką zażyłość z Panem, żeby wszystko dla Niego ofiarowywać, nawet te sprawy najbardziej prozaiczne.
A przy okazji proponuję książkę "Moc uwielbienia" Merlina R. Carothersa.
Czy traktuję uwielbienie jako najdoskonalszą modlitwę, gdzie nie tyle prosimy, dziękujemy czy przepraszamy, ale stajemy z Bogiem sam na sam, dla Niego, bezinteresownie?
Jak zawsze z góry Bóg zapłać Wam za pomoc w rabanowaniu. Mogę na Was liczyć, na Ciebie, która/który czyta ten tekst, prawda? Super, że jesteście.
"Uwielbienie polega na akceptacji teraźniejszości, jako cząstki kochającej Bożej woli względem nas. Uwielbienie nie polega na tym, co myślimy bądź mamy nadzieję, że stanie się w przyszłości" (Merlin R. Carothers, "Moc uwielbienia", lubimyczytac.pl) A jak Ty osobiście rozumiesz powyższy cytat?
PS Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną we wpisie nr 200 >>>pod tym i każdym następnym wpisem znajdziecie zachętę do modlitwy dowolną modlitwą, jeśli możesz to najlepiej Eucharystią, Różańcem św. lub Koronką albo przynajmniej krótkim "Zdrowaś Maryjo"; ale proszę Cię: choć trochę się pomódl! Pomódlmy się w intencjach Pana Jezusa, Maryi i św. Józefa, bo oni wiedzą, co w danym momencie jest najlepsze.
Wpis to przede wszystkim Słowo, modlitwa to modlitwa. Pozostał jeszcze czyn. Oczywiście wierzę i mam nadzieję, że każdy wpis jest zachętą do zmiany na lepsze czegoś w czynach, ale poczułem przynaglenie, żeby pod każdym wpisem podrzucać Wam jakąś inicjatywę związaną z szeroko pojętym Słowem Bożym, np. jego głoszenie, co jest bardzo bliskie idei biblijnego rabanowania. Gorąco zachęcam: pomóżmy!
Jeśli przeczytałeś powyższy tekst przynajmniej się pomódl; jeśli możesz, pomóż też materialnie.
Bardzo Cię o to proszę.
Za wszystko serdeczne Bóg zapłać.
Nie jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i inspiruje Duch Święty.
Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami.
To pierwszy wpis z tej serii w tym nowym roku 2022 i od razu bardzo wyjątkowy, bo poświęcony czytaniom niedzielnym. Jak zawsze serdecznie zapraszam do lektury!
fot. pixabay.com
"Przez wzgląd na Syjon nie umilknę,
przez wzgląd na Jerozolimę nie spocznę,
dopóki jej sprawiedliwość nie błyśnie jak zorza
i zbawienie jej nie zapłonie jak pochodnia" (Iz 62,1)
Jak to dobrze, że Pan Bóg nigdy się nie poddaje. Nawet jeśli my nawalamy, On jest zawsze wierny. Skoro Bóg walczy nawet o tych, którzy Go odrzucają, o ileż bardziej powinni się czuć pewnie i kochani ci, którzy całym sercem Boga pragną.
Jak bardzo jestem świadomy tego, że w moich staraniach o niebo nie jestem sam, ale razem ze mną jest Bóg, który jakże aktywnie mnie wspiera?
"Śpiewajcie Panu, błogosławcie Jego imię,
z dnia na dzień głoście Jego zbawienie! Rozgłaszajcie Jego chwałę wśród narodów,
Jego cuda - wśród wszystkich ludów! (Ps 96(95), 2-3)
Czasami się mówi o tym, że religię trzema zamknąć w kościele, żeby tylko nie wychyliła nosa i przypadkiem kogoś "nie uraziła". Tymczasem prawda jest taka: my, chrześcijanie, nie możemy nie głosić Jezusa, zbawienia, bo to byłby z wielką szkodą dla naszych braci, także tych niewierzących. Przecież to byłoby nierozsądne (by nie powiedzieć głupie), gdybyśmy nie dzielili się naszą radością z innymi.
Czy ta radość jest we mnie jak rzeka, która się wylewa potokami i nawadnia wyschłe pustynie ludzkich serc?
"Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch" (1 Kor 12,4)
Prosto i na temat. Ta różnorodność nie ma być dla nas sposobnością do narzekania, zazdrości, podejrzliwości, ale wdzięczności i uwielbienia, że Pan tak hojnie nas wszystkich obdarza różnorodnymi charyzmatami. Niedawno w 1 Sm 1,1-20 czytaliśmy o modlitwie strapionej Anny, którą kapłan Heli uznał za pijaną. Dopiero rozmowa pozwoliła mu odkryć, że Anna w sposób żarliwy modliła się do Pana, poruszała ustami, ale modliła się w ciszy serca - to był mniej powszechny w tamtych czasach sposób modlitwy, ale ta odmienność stylu nie była powodem do jego negacji, ale uznania tak pięknej formy modlitwy. To dla nas nauczka, żeby owszem oceniać różnorodne ruchy modlitewne, nurty, style ewangelizacji w Kościele, ale zawsze na drodze dialogu należy akceptować godziwe sposoby, a odrzucać tylko z gruntu złe. Różnorodność to nie zło, ale błogosławieństwo, jeśli tylko wypływa z jednego Ducha, który jest nieskończenie różnorodny i niejednolity.
"Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie" (J 2,11)
Bardzo znana scena cudu w Kanie może być dla nas zachętą do wykorzystywania wszystkich okazji do czynienia dobra i głoszenia Chrystusa, nie tylko słowem, ale przede wszystkim czynem. Może warto też unikać dzielenia naszej codzienności na sacrum i profanum. Wesele w knajpie wydaje nam się mniej święte niż ślub w kościele. To nie do końca prawda. Jezus jest obecny w każdej sferze naszego życia i wszędzie działa; to tylko od nas zależy, czy Mu pozwalamy.
PS Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną we wpisie nr 200 >>> pod tym i każdym następnym wpisem znajdziecie zachętę do modlitwy dowolną modlitwą, jeśli możesz to najlepiej Eucharystią, Różańcem św. lub Koronką albo przynajmniej krótkim "Zdrowaś Maryjo"; ale proszę Cię: choć trochę się pomódl! Pomódlmy się w intencjach Pana Jezusa i Maryi, bo oni wiedzą, co w danym momencie jest najlepsze. Zapraszam też serdecznie na profile społecznościowe, np. Biblia i Historia. 8 grudnia 2018 r. wystartował InBiRR – Internetowo-Biblijne Róże Różańcowe. Zachęcam Was do wspólnej modlitwy.
Wpis to przede wszystkim Słowo, modlitwa to modlitwa. Pozostał jeszcze czyn. Oczywiście wierzę i mam nadzieję, że każdy wpis jest zachętą do zmiany na lepsze czegoś w czynach, ale poczułem przynaglenie, żeby pod każdym wpisem podrzucać Wam jakąś inicjatywę związaną z szeroko pojętym Słowem Bożym, np. jego głoszenie, co jest bardzo bliskie idei biblijnego rabanowania. Gorąco zachęcam: pomóżmy!
Jeśli przeczytałeś powyższy tekst przynajmniej się pomódl; jeśli możesz, pomóż też materialnie.
Bardzo Cię o to proszę.
Za wszystko serdeczne Bóg zapłać.
Nie jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i inspiruje Duch Święty.
Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami, udostępnijcie też innym.
„Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,51-52)
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!
Kochani!
Niedawno, w niedzielę Chrztu Pańskiego, formalnie zakończył się okres Bożego Narodzenia, ale w Polsce do 2 lutego mamy jeszcze taki miniświąteczy czas, kiedy śpiewamy kolędy i cieszymy się obecnością choinek. Jest to zatem najwyższa pora na wpis radośnikowy. Myślę sobie, że być może to najważniejsza seria na Biblijnym Rabanie, bo wszyscy mamy nadzieję na wieczne zbawienie, gdzie ujrzymy Boga w chwale i będzie tam już nieprzerwana radość.
fot. pixabay.com
Jedną z większych tajemnic dotyczących Ewangelii jest stosunkowo niewielka ilość treści poświęconych dzieciństwu Pana Jezusa; to raptem cztery w sumie rozdziały w dwóch spośród czterech Ewangelii, więc niewiele tego. Dziwi też, że np. taki św. Jan Ewangelista, który przecież po śmierci Pana Jezusa zaopiekował się Matką Bożą, tak niewiele napisał o dzieciństwie Chrystusa, a przecież trudno sobie wyobrazić, że nie rozmawiali na ten temat z Maryją. A w Ewangelii Łukaszowej czytamy wszak: "A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu". Było ich (tych wspomnień) zapewne dużo więcej niż te, o których czytamy na kartach Biblii.
Wiadomo, że w kontekście całej historii zbawienia większe znaczenie ma śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa, no ale te najważniejsze wydarzenia zbawcze mogły się dokonać dzięki przyjściu Pana na ten świat. Sam Jezus przed Piłatem powiedział: "Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie" (J 18,37b). A zatem to przyjście miało również niebagatelne znaczenie. W tym kontekście może nawet jeszcze bardziej dziwi nas, dlaczego Ewangeliści tak mało napisali o dzieciństwie Mistrza, a nasuwa się tak wiele pytań.
Ostatnio przyszła mi do głowy następująca interpretacja tzw. ukrytych lat Pana Jezusa w Nazarecie: skoro jest o nich tak mało w Biblii, to może zawiera się w nich też... nasze, nieraz bardzo zwyczajne i niewyróżniające się życie? Pan aż 30 spośród 33 lat życia spędził z Maryją i jakąś część tych lat także ze św. Józefem. Życie wielu z nas także wydaje się zwyczajne i nie ma w nim aż tak wiele cudowności, jakbyśmy sobie może po ludzku marzyli.
Takie rozumowanie nie jest zachętą do minimalizmu, bo jak dobrze wiemy, gdy przyszedł stosowny czas, Pan Jezus rozpoczął publiczną działalność (co świętowaliśmy we wspomnianą niedzielę Chrztu Pańskiego) i w ciągu ok. 3 lat zrobił bardzo wiele. Tyle cudów i znaków zdziałał, że "gdyby je szczegółowo opisać, to (...) cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać" (J 21,25b). Z drugiej strony pamięć o ukrytych latach Jezusa jest dla nas zachętą do przeżywania z radością i nadzieją codzienności prostej i zwyczajnej, jeśli już ona się wydarza, z jednoczesnym nasłuchiwaniem czy przypadkiem Pan nie stawia przed nami jakichś nowych wyzwań.
W związku z powyższym możemy śmiało i z radością przeżywać codzienność, łącząc się duchowo z nazaretańskim domem św. Rodziny. Wtedy już prasowanie, sprzątanie czy gotowanie nie będzie się nam jawiło jako zwyczajne lub nieważne, ale stanie się podążaniem po drogach prawdziwej świętości i radości.
A poza tym działanie w ukryciu jest okazją do czynienia dobra bez oczekiwania na ogólny poklask i zachwyt. Wówczas człowiek działa w myśl zasad przekazanych przez Jezusa: "Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie" (Mt 6,6).
I jeszcze jedno: "Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi". Jeśli naszą codzienność łączymy z Jezusem, to wtedy On sprawia, że my także wzrastamy "w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi". Obyśmy tylko zawsze poddawali się Bożemu prowadzeniu.
Czy potrafię przeżywać moją codzienność w radosnej łączności z Panem Bogiem?
Jak zawsze z góry Bóg zapłać Wam za pomoc w rabanowaniu. Mogę na Was liczyć, na Ciebie, która/który czyta ten tekst, prawda? Super, że jesteście.
"Szczęście to radość z nowego dnia, bezchmurne niebo w południe i słowo 'kocham' na dobranoc" (Katarzyna Michalak, lubimyczytac.pl) A jak Ty osobiście rozumiesz powyższy cytat?
PS Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną we wpisie nr 200 >>>pod tym i każdym następnym wpisem znajdziecie zachętę do modlitwy dowolną modlitwą, jeśli możesz to najlepiej Eucharystią, Różańcem św. lub Koronką albo przynajmniej krótkim "Zdrowaś Maryjo"; ale proszę Cię: choć trochę się pomódl! Pomódlmy się w intencjach Pana Jezusa, Maryi i św. Józefa, bo oni wiedzą, co w danym momencie jest najlepsze.
Wpis to przede wszystkim Słowo, modlitwa to modlitwa. Pozostał jeszcze czyn. Oczywiście wierzę i mam nadzieję, że każdy wpis jest zachętą do zmiany na lepsze czegoś w czynach, ale poczułem przynaglenie, żeby pod każdym wpisem podrzucać Wam jakąś inicjatywę związaną z szeroko pojętym Słowem Bożym, np. jego głoszenie, co jest bardzo bliskie idei biblijnego rabanowania. Gorąco zachęcam: pomóżmy!
Jeśli przeczytałeś powyższy tekst przynajmniej się pomódl; jeśli możesz, pomóż też materialnie.
Bardzo Cię o to proszę.
Za wszystko serdeczne Bóg zapłać.
Nie jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i inspiruje Duch Święty.
Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami.
Można powiedzieć, że już starym zwyczajem w okresie wielkanocnym spotykamy się w ramach serii "Radośnik". Na czym skupimy się tym razem?
Jakiś czas temu (wierzę, że z natchnienia Ducha Świętego) przyszło mi do głowy zrozumienie Opatrzności Bożej i Jego niczym nieograniczonej potęgi. Wbrew temu, co niektórzy próbują forsować, ja spojrzałem na tę sprawę zupełnie inaczej.
Czasami słyszy się zarzuty pod adresem Pana Boga, któremu właśnie zarzuca się, iż rzekomo nie ma pełnej kontroli nad częścią aspektów spraw i życia ludzi, bo dzieje się tyle zła, np. ludzie chorują i umierają, a bogaci wyzyskują biednych, itp. Bo rzekomo gdyby Bóg istniał, to wszystko byłoby dopięte na ostatni guzik i nawet niepożądana myszka nie mogłaby się przecisnąć i zakłócić harmonii.
Oczywiście powyższe argumenty można stosunkowo łatwo obalić przywołując prawdę o grzechu pierworodnym i jego skutkach, a także wolnej woli człowieka. Poza tym to, że książka jest poniszczona i zeszpecona nie świadczy o tym, który ją opracował i wydrukował, ale o niewłaściwym użytkowaniu przez czytelników. Na mocy daru wspomnianej wolnej woli człowiek robi z książką, jaką jest świat, wszystko co mu się podoba, a potem się dziwi, że jest tyle zła. Bóg jednak czuwa i decyduje się na bezpośrednią ingerencję zazwyczaj tylko w newralgicznych sytuacjach, ale zawsze współdziała z człowiekiem i działa w ukryciu, jeśli ten tylko tego chce, niezależnie od pory dnia czy miejsca.
Mnie się jednak ostatnio nasunęła jeszcze nieco inna interpretacja tych rzeczywistości. Wiem, że poniższe porównanie będzie stosunkowo nie najdokładniejsze, ale zawsze to coś. Popatrzmy: po tak wielkiej tragedii Wielkiego Piątku i po ludzku dramatu nie do opisania, oto przychodzi anioł, odsuwa kamień i jeszcze sobie na nim siada. Potem daje do zrozumienia niewiastom, że Chrystus już uprzednio zapowiedział swoje zmartwychwstanie. Oczywiście: temu zstąpieniu anioła z nieba towarzyszyło trzęsienie. A zatem wszystko w porządku. Rzecz jasna ta kontrola nawet nad najcięższymi zmaganiami nie oznacza ani trochę, że Jezus nie poddał im się całkowicie. To była cena naszego odkupienia. Tak czy inaczej np. jeszcze wcześniej, w Ogrójcu, na dźwięk imienia Jezus oprawcy cofnęli się i upadli na ziemię. Widzimy choćby i na tym przykładzie, że to Jezus z własnej woli im się oddał, a nie Oni zmusili Go do poddania się im (por. J 18,6).
Wiem, że to nie najlepsze porównanie, ale Bóg przypomina mi czasem boksera, który walczy z opuszczonymi rękawicami. Nie dlatego, że lekceważy przeciwnika, ale dlatego, że dysproporcja sił jest nieskończenie na korzyść Boga. Tak sobie myślę, że gdyby Bóg nie dał nam wolnej woli i gdybyśmy byli jak maszynki, pełnia Jego mocy byłaby paradoksalnie nieco przyćmiona. Ośmielę się nawet powiedzieć, oczywiście w pewnej przenośni, że gdyby w ogóle nie było zła, wszechmoc Boga nie miałaby okazji, aby objawić się w pełnej mocy. Nie byłaby mniejszą mocą, ale paradoksalnie zło jest okazją do prezentacji Bożej potęgi i chwały. Już nawet patrząc tak zupełnie czysto po ludzku, gdy ktoś zakuje w kajdany drugą osobę i nie daje jej ani trochę wolności, okazuje swoją moc, ale... nie do końca, bo po prostu stosuje wobec tamtej osoby siłę, a nie demonstruje pełni swojej potęgi. Stosuje narzędzia obezwładniające; Bóg żadnych takich narzędzi nie potrzebuje.
W związku z powyższym to, że czasami świat zdaje się wymykać Bogu spod kontroli, świadczy o absolutnej dominacji Boga, która jest dominacją Miłości Miłosiernej. Otóż gdyby Bóg bezpośrednio i od razu karał ludzi za grzechy, jego wszechpotęga nie objawiłaby się aż tak niezwykle jak w wydarzeniach paschalnych, gdy zniżając się maksymalnie, "stając się grzechem" (por. 2 Kor 5,21), Chrystus pokonał szatana, zło i grzechy raz na zawsze. Potęga Boga objawiła się w maksymalnym uniżeniu i pokorze, która pozwoliła Jezusowi nie uciekać przed złem, choć ono wylało na Niego całą swoją siłę, ale to wszystko pozwoliło przyjąć Jezusowi na siebie zło w całości i unicestwić. Bo Jezus był, jest i będzie, niepokonany!
I jeszcze jedno: my chrześcijanie, jeśli tylko trzymamy się z Jezusem, też jesteśmy zwycięzcami. Chociaż na co dzień musimy zmagać się z grzechami i słabościami, w gruncie rzeczy nie toczymy walki równej, bo my już jesteśmy na pozycji zwycięzców. Tylko od nas zależy czy przyjmiemy dary Boże i pójdziemy do nieba. To jest właśnie moc Boga.
Czy raduję się, że Jezus jest niepokonany, a ja razem z Nim, jeśli tylko się Go trzymam i pozwalam Mu się prowadzić?
Jak
zawsze z góry Bóg zapłać Wam za pomoc w rabanowaniu. Mogę na Was
liczyć, na Ciebie, która/który czyta ten tekst, prawda? Super, że jesteście.
"Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy" (Phil Bosmans, lubimyczytac.pl) A jak Ty osobiście rozumiesz powyższy cytat?
PS Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną we wpisie nr 200 >>>pod tym i każdym następnym wpisem znajdziecie zachętę do modlitwy dowolną
modlitwą, jeśli możesz to najlepiej Eucharystią, Różańcem św. lub
Koronką albo przynajmniej krótkim "Zdrowaś Maryjo"; ale proszę Cię: choć
trochę się pomódl! Pomódlmy się w intencjach Pana Jezusa, Maryi i św. Józefa, bo
oni wiedzą, co w danym momencie jest najlepsze.
Wpis
to przede wszystkim Słowo, modlitwa to modlitwa. Pozostał jeszcze czyn.
Oczywiście wierzę i mam nadzieję, że każdy wpis jest zachętą do zmiany
na lepsze czegoś w czynach, ale poczułem przynaglenie, żeby pod każdym
wpisem podrzucać Wam jakąś inicjatywę związaną z szeroko pojętym Słowem
Bożym, np. jego głoszenie, co jest bardzo bliskie idei biblijnego
rabanowania. Gorąco zachęcam: pomóżmy!
Jeśli przeczytałeś powyższy tekst przynajmniej się pomódl; jeśli możesz, pomóż też materialnie.
Bardzo Cię o to proszę.
Za wszystko serdeczne Bóg zapłać.
Nie
jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej
wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się
czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła
rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i
inspiruje Duch Święty.
Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami.
„Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?» Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga»” (J 6, 67-69)
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!
Kochani!
Wraz z tym wpisem rozpoczynamy kolejny rok kalendarzowy na Biblijnym Rabanie, choć nie nowy sezon, bo ten, jak może wiecie albo nie, zaczyna się co roku w pierwszą niedzielę Adwentu. To jeszcze raz błogosławionego roku 2021 dla wszystkich i jedziemy z radośnikowym wpisem, który mamy na inaugurację.
Jestem przekonany, że powyższy cytat z Ewangelii wg św. Jana jest bardzo na czasie szczególnie w kontekście dramatycznych wydarzeń końcówki roku 2020. Chodzi o stosunkowo liczne przypadki apostazji w Polsce, czyli oficjalnego odejścia od Kościoła. Jezus wypowiedział powyższe słowa w kontekście tego, jak zareagowali liczni ludzie na Jego tzw. mowę eucharystyczną. Piotr jednak wytrwał, nie odszedł i stał się opoką Kościoła. Podobną postawą wykazała się zdecydowana większość Apostołów. Takie pytanie stawia Chrystus również nam tu i teraz.
No dobra, ktoś może powie, ale ten wpis jest z serii radośnik, a jaki tu powód do radości, skoro wielu katolików opuściło Matkę Kościół, a tym samym Chrystusa? Może niektóre takie osoby odczuwają złudną radość z rzekomej wolności jaką odzyskali po wyjściu z Kościoła, ale to tylko ułuda... Gdzie zatem szukać radości? Odpowiedź jest prosta - w wierze w Boga.
Pezibear, Pixabay.com
Jakoś tak mnie ostatnimi czasy naszło, żeby znów podkreślić potrzebę radości z tego, że wierzę, z tego, że razem wierzymy, i kolejny rok rozpoczynamy w Imię Boże. Tylko tutaj trzeba uważać, bo można popaść w dwie skrajności, a jak to ze skrajnościami bywa, lubią być niebezpieczne.
Pierwsza niewłaściwa postawa to pycha, że ja to jestem lepszy, bo wierzę, a ci, którzy odeszli, są kompletnie do niczego, bo odpadli od Chrystusowego krzewu winnego >>>. Żeby było ciekawiej, przed taką postawą przestrzega sam Chrystus we fragmencie bardzo bliskim zacytowanemu na wstępie: "Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca" (J 6, 65). Jeśli zatem wierzymy to nie na mocy własnych zasług, ale powinniśmy Panu dziękować za tę łaskę, bo wiara jest łaską. Jest też decyzją, ale o tym nieco później.
Druga niebezpieczna postawa polega na fałszywym umniejszaniu swojej wiary i uznawaniu jej w jakimś tam sensie za bezsensowne postępowanie niewarte zachodu. Tymczasem nawet jeśli nasza wiara byłaby jak ta, którą posiada ziarnko gorczycy, czyli taki malutki byt, bylibyśmy zwycięzcami przenoszącymi drzewa i góry (por. Łk 17,6). Może właśnie na początku nowego roku trzeba się tak po prostu ucieszyć, że wierzę i na tej bazie, choćby najmniejszej, dalej budować i tę wiarę wznosić pod niebiosa?
Wiara jest nie tylko łaską, ale także decyzją, czyli również czymś bardzo konkretnym. Ostatnio jakoś tak szczególnie ta prawda chodziła mi po głowie. Oczywiście najczęściej nie wystarczy tę decyzję podjąć raz i po sprawie, ale każdego dnia trzeba ją podejmować na nowo albo przynajmniej w niej się utwierdzać. Wiara, zdaje się, nie jest w swej istocie pewnością, bo wtedy nie byłaby do końca wiarą, prawda? Chrystus mówił nie o pewności, ale wierze, a zatem pośród nieraz życiowych wichrów kluczowe nie jest życie w ciągłej pewności (choć oczywiście jest to przepiękna sprawa, o którą stosunkowo łatwo, gdy w życiu wszystko się układa; pewność jest czymś w rodzaju korony wiary, jej celu i wypełnienia, choć dla większości wierzących nastąpi to dopiero w Niebie), ale trwanie w decyzji, niczym św. Piotr: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga". Czyż taka najwspanialsza decyzja trwania przy Bogu mimo wszystko nie jest powodem do niekończącej się radości i dziękczynienia względem Niego?
Na koniec tego wpisu chciałbym się jeszcze odnieść do często słyszanej w czasie bożonarodzeniowym piosenki "Last Christmas". Pewnie dobrze wiemy, że jej początkowe słowa brzmią w tłumaczeniu na polski następująco: "W ostatnie Święta oddałem ci swoje serce, ale już kolejnego dnia zwróciłaś mi je". Tego typu wątek dosłownie damsko-męski przewija się przez ten utwór. A co, gdyby ten przekaz odczytać tak bardzo duchowo, w kontekście relacji Pana Boga z człowiekiem? Pan Jezus dał nam Swoje Serce szczególnie w dniu Bożego Narodzenia; nawet więcej: dał się nam cały wtedy, gdy przyjął ludzkie ciało w momencie poczęcia, a potem urodził się w Betlejem. A wreszcie daje się nam cały w Eucharystii. Jakże często dzieje się tak, że ktoś spowiada się przed Świętami, raz lub dwa przyjmuje Pana Jezusa do serca, a potem zaraz zwraca Boskie Serce Chrystusowi niejako mówiąc, że nie jest Ono już potrzebne; i tak... do kolejnych dużych Świąt. Oczywiście nie da się bezpośrednio przenieść piosenki Wham! na płaszczyznę duchową, niemniej jednak można wiele z niej wydobyć i wiele się nauczyć, jak bardzo nieraz ranimy Pana.
A tak w ogóle odpowiedzmy sobie szczerze: kiedy ostatnio tak naprawdę ucieszyłem się wiarą?
Jak
zawsze z góry Bóg zapłać Wam za pomoc w rabanowaniu. Mogę na Was
liczyć, na Ciebie, która/który czyta ten tekst, prawda? Super, że jesteście.
"W naszym najsłodszym Panu najradośniejszych świąt (my sparafrazujmy: roku) w których Syn Boży nas odkupił (my uczyńmy parafrazę: roku, który dał nam Pan) i zdobył nas dla Ojca. Oby spodobało się Bogu zachować Cię w Jego świętej miłości i sprawić, abyś zawsze rozwijał się w królowej cnót, w świętej serafickiej miłości, która jest w dwójnasób chrześcijańska" (@zOjcemPio, Twitter) A jak Ty osobiście rozumiesz powyższy cytat?
PS Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną we wpisie nr 200 >>>pod tym i każdym następnym wpisem znajdziecie zachętę do modlitwy dowolną
modlitwą, jeśli możesz to najlepiej Eucharystią, Różańcem św. lub
Koronką albo przynajmniej krótkim "Zdrowaś Maryjo"; ale proszę Cię: choć
trochę się pomódl! Pomódlmy się w intencjach Pana Jezusa, Maryi i św. Józefa, bo
oni wiedzą, co w danym momencie jest najlepsze.
Wpis
to przede wszystkim Słowo, modlitwa to modlitwa. Pozostał jeszcze czyn.
Oczywiście wierzę i mam nadzieję, że każdy wpis jest zachętą do zmiany
na lepsze czegoś w czynach, ale poczułem przynaglenie, żeby pod każdym
wpisem podrzucać Wam jakąś inicjatywę związaną z szeroko pojętym Słowem
Bożym, np. jego głoszenie, co jest bardzo bliskie idei biblijnego
rabanowania. Gorąco zachęcam: pomóżmy!
Jeśli przeczytałeś powyższy tekst przynajmniej się pomódl; jeśli możesz, pomóż też materialnie.
Bardzo Cię o to proszę.
Za wszystko serdeczne Bóg zapłać.
Nie
jestem biblistą i nie traktujcie proszę moich refleksji jako oficjalnej
wykładni Kościoła, niemniej pragnę całym sercem i tak staram się
czynić, aby moje przemyślenia wpisywały się w nauczanie Kościoła
rzymskokatolickiego. Głęboko wierzę, że w rozważaniach pomaga i
inspiruje Duch Święty.
Podzielcie się w komentarzach własnymi przemyśleniami.
„Dawid odpowiedział Gadowi: «Jestem w wielkiej rozterce. Wpadnijmy raczej w ręce Pana, bo wielkie jest Jego miłosierdzie, ale w ręce człowieka niech nie wpadnę!» Zesłał więc Pan na Izraela zarazę od rana do ustalonego czasu. Umarło wtedy z narodu od Dan do Beer-Szeby siedemdziesiąt tysięcy ludzi” (2 Sm 24,14-15)
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!
Moi Drodzy!
Temat zarazy jakoś tak w pierwszym odruchu średnio nam pasuje do kwestii związanych z radością. Wydaje się wręcz, że są to tematy zupełnie sobie przeciwstawne. Bo niby jak zaraza może wiązać się z radością...? Okazuje się, że może i zaraz spróbujemy sobie o tym powiedzieć. Dzisiaj zachęcam do lektury 24 rozdziału Drugiej Księgi Samuela. Mamy tam fragment chyba dość rzadko przywoływany w kontekście bogatego życia króla Dawida, choć chyba w obliczu pandemii od czasu do czasu się o nim słyszy. Nie będziemy tutaj wnikać w szczegóły. Przeczytajcie sobie. Tak czy inaczej Pan Bóg karze Dawida, który kazał policzyć mężczyzn zdolnych do walk. Z dzisiejszego punktu widzenia może nas dziwić, co było złego w postępku Dawida? Czyżby Pan Bóg był jakimś przeciwnikiem statystyk? Nie o to chodzi. Bibliści tłumaczą, że winą Dawida było to, iż nie zaufał w pełni Panu, ale swoją siłę postanowił oprzeć przede wszystkim na potędze militarnej, czysto ludzkiej (por. Sdz 7). Na marginesie dodam, że ten fragment wydaje mi się czasami taką przestrogą też dla wszystkich, którzy coś nagrywamy albo piszemy w internecie. Łatwo ulec pokusie, aby tylko na statystykach opierać swoją wartość. Choć inna sprawa, że jest sympatyczniej, jeśli są one coraz lepsze ;)
'King David', painting by Giovanni Francesco Barbieri (il Guercino) c. 1768, fot. wikimedia w domenie publicznej
Dla nas dzisiaj szczególnie ważne są jednak trzy kary, które Pan przez proroka Gada proponuje Dawidowi: 7 lat głodu, 3 miesiące uciekania przed wrogami i 3 dni zarazy dziesiątkującej lud. Wybór niełatwy... Na co decyduje się Dawid. Wybiera zarazę! Najpewniej w czasach koronawirusa zaraza to ostatnia rzecz, którą chcielibyśmy wybrać. Ktoś może powiedzieć, że epidemia, która dotknęła Dawida i jego lud trwała tylko 3 dni, a koronawirus już trwa i trwa, ale tu chodzi o coś innego. Postawa Dawida przede wszystkim uczy nas, że jeśli już człowiek ma zostać ukarany, to winien całym sercem zdać się na Boga, na Jego miłosierdzie. Zauważmy, że Dawid jakoś nie wzdryga się przed rzekomo okrutnym i mściwym Bogiem Starego Testamentu, ale zdaje się na Jego wolę. Spośród tych kar, które miał do wyboru Dawid, właśnie zaraza była jakby najbardziej bezpośrednio sprawą pochodzącą od Boga; inne były nieco mniej bezpośrednie. A jaki to wszystko ma związek z radością? Wydaje mi się, że następujący: jednym z rysów naszej chrześcijańskiej radości jest i to, iż Pan Bóg, nawet jeśli nas karze lub dopuszcza różnorakie zło, które nas spotyka, nie przestaje ani na mikrosekundę być Bogiem Miłości Miłosiernej. Czyż nie jest to powodem do przeogromnej radości? Największą tragedią człowieka nie jest zatem sam fakt kary, ale zamknięte na Boga serce. To właśnie dlatego grzech ciężki czy w ogóle każdy grzech jest tragedią, bo człowiek mniej lub bardziej świadomie odwraca się od Pana, zamiast poddać się na dobre i na złe Jego Woli, Jego Miłości Miłosiernej. Paradoksalnie może zdarzyć się i tak, że człowiek, który nie doświadcza Bożej kary jest od Niego o wiele dalej niż ten, który właśnie jest karany. O wszystkim decyduje serce, przyznanie się do błędu i zdanie się na Boga. To przecież próbujemy czynić każdorazowo przystępując do kratek konfesjonału. Wówczas słyszymy: "Pan odpuścił Tobie grzechy". Zostaje jeszcze pokuta do wypełnienia, ale czyż radość może wtedy nie przepełniać serca? To jest już pytanie retoryczne...
Jak zawsze z góry Bóg zapłać Wam za pomoc w rabanowaniu. Mogę na Was liczyć, na Ciebie, która/który czyta ten tekst, prawda? Super, że Was mam.
"Trzeba żyć z radością. Niezależnie od tego jak bardzo banalne i dramatyczne mogą być wydarzenia życia, trzeba je przeżyć, nie pozwalając się im obalić i nie tracąc tej wewnętrznej pogody, która jest właściwa ludziom wierzącym w zmartwychwstałego Chrystusa" (Ks. Milani; adonai.pl) A jak Ty osobiście rozumiesz powyższy cytat?
„Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu” (J 20,6-7)
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!
Kochani!
Jak to już stało się swoistą tradycją na Biblijnym Rabanie, w okresach bożonarodzeniowym i wielkanocnym spotykamy się w ramach serii radośnik. Nie inaczej jest i tym razem. Zapraszam na chwil kilka zagłębiania się w radość chrześcijańską. Do wyboru takiej, a nie innej tematyki tego wpisu zainspirował mnie jeden z filmików o. Adama Szustaka. Link do niego zamieszczam Wam pod tekstem. Dominikanin, komentując zmartwychwstanie Pana Jezusa, wyraził swój podziw dla Chrystusa, który dokonując największego dzieła w dziejach świata zadbał nawet o tak prozaiczną sprawę jak poukładanie chusty i tkanin pogrzebowych. Czytamy przecież w Ewangelii, w cytacie podanym we wstępie, że tkaniny pozostawione przez Chrystusa była poukładane na swoich miejscach. O. Adam, ale i myślę wielu z nas, będąc na miejscu Mistrza, dokonałaby tego dzieła z impetem, zostawiając za sobą "nieład artystyczny" jak mogłoby to wyglądać w filmach katastroficznych. Tymczasem Jezus zadbał nawet o detale i wykonał wszystko w cichości i bez rozgłosu. Jest w tym wszystkim jakaś wielka tajemnica...
Pusty grób Jezusa, w Bazylice Grobu Świętego, czczony przez chrześcijan jako miejsce gdzie Jezus został pochowany, fot. By adriatikus en:commons:talk - self-made using a Canon PowerShot A530 camera, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3482274
Dla mnie jednak ta delikatność i po ludzku może dość dziwne zachowanie Pana jest jeszcze dodatkowo dowodem na niezwykłą relację Chrystusa z Matką Bożą i na to, że to właśnie Jej jako pierwszej ukazał się po zmartwychwstaniu. Milczą o tym Ewangelie, ale nie brak takich głosów w Tradycji. Już tłumaczę, co mam na myśli. W objaśnieniu sprawy może pomóc scena ze słynnej "Pasji" Mela Gibsona. Może pamiętacie, jak akcja filmu przenosi się parę razy do czasów z życia św. Rodziny w Nazarecie. W pewnym momencie młody Pan Jezus pracując w zawodzie św. Józefa, tworzy stół i krzesła na zamówienie dla jakiegoś bogatego człowieka. Przychodzi Matka Boża i prosi Go na posiłek, ale jak to czasem bywa, jak człowiek jest blisko ukończenia jakiejś roboty, ociąga się z innymi sprawami. Po kilku nieudanych próbach Matka Boska przychodzi do stolarni, może lekko zdenerwowana. Boski Syn szybko Ją jednak udobruchał. Pięknie widać było taką ich zwyczajną relację, nie jakąś sztywną jak moglibyśmy wnioskować z wielu obrazów, skądinąd bardzo pięknych. Doszło nawet do tego, że Chrystus ochlapał wodą Matkę Najświętszą... Jeśli myślimy, że Członkowie św. Rodziny zwracali się do siebie tylko "Jezusie, Synu mój" albo "Maryjo, Pani i Matko" możemy być w dużym błędzie. Idąc tym tropem, w takiej bardzo subiektywnej i niepopartej naukowymi interpretacjami analizie perykopy ewangelicznej, lubię sobie wyobrażać, jak zaraz po zmartwychwstaniu Pan Jezus spotyka swoją Matkę jako pierwszą z ludzi. Witają się najserdeczniej i nie posiadają z radości, że już wszystko się dokonało. Pan Jezus, choć zmartwychwstały, ciągle jednak pozostał Człowiekiem, a Maryja była i jest Jego Matką. A zatem delikatnie poprosiła Syna, żeby... pościelił miejsce, gdzie jeszcze niedawno leżało Jego Ciało albo przynajmniej poukładał chustę i całun. Nasuwa mi się jeszcze nieco inne wytłumaczenie: a może tuż po zmartwychwstaniu, zanim jeszcze spotkał się z Maryją, Pan Jezus poukładał tkaniny przypominając sobie chwile z dzieciństwa w Nazarecie. Jego myśl pobiegła ku Bogu Ojcu, ale może zaraz także do Nazaretu i wykorzystał umiejętności, których nauczyła Go tam Matka Boża i Jego opiekun - św. Józef. Jezus wiedział, że zaraz spotka się z Matką Boską i przekaże Jej jako pierwszej radosną wieść o zmartwychwstaniu. Chciałbym, żeby podsumowaniem powyższych rozważań było najważniejsze odniesienie w tym radośnikowym wpisie, czyli radość właśnie. Powyższy akapit to jak już wspomniałem moja bardzo subiektywna interpretacja (choć wierzę, że Duch Święty miał w tym swój udział), niemniej Kościół pozwala nam wierzyć, że pierwszym spotkaniem Pana Jezusa po zmartwychwstaniu było właśnie to z Maryją. Już nie wnikamy w szczegóły, ale wierzymy, że do takiego spotkania doszło. Ewangeliści o nim nie wspominają, bo może było ono po prostu czymś zupełnie oczywistym. A jeśli nawet Chrystus nie ukazałby się Matce Bożej, to ten fakt można by tłumaczyć tym, że takie spotkanie nie było potrzebne, bo Maryja jako jedyna z ludzi była pewna zmartwychwstania Syna.
Pozytyw i negatyw twarzy z całunu, fot. wikimedia w domenie publicznej
Załóżmy jednak, że do takiego spotkania doszło. Czego nas ono uczy w kwestii radości? Myślę, że m.in. tego, że prawdziwa radość chrześcijańska wymaga pewnej intymności. To prawda, że radością ze zmartwychwstania powinniśmy się dzielić, bo jest to właściwie istota naszej wiary. Niemniej jednak istnieje taki poziom radości, który rozgrywa się w takiej głębokości naszej istoty, że nie jesteśmy w stanie tej radości tak naprawdę nikomu w pełni przekazać. Może właśnie dla podobnej przyczyny Ewangeliści nawet nie pokusili się o opisywanie spotkania Jezusa z Matką po zmartwychwstaniu, bo żadne słowa nie byłyby w stanie tego ująć. To jest jakiś rodzaj, jeśli tak można powiedzieć, radosnej samotności, która wypełnia nasze serca. Jak sobie powiedzieliśmy, od tej samotności mamy wychodzić na zewnątrz, dalej i dalej, i nieść radość zmartwychwstania innym nawet, jeśli tego, co odbywa się w naszym wnętrzu, nie będziemy w stanie do końca przekazać. Możemy się nadto pokusić o stwierdzenie, że bez tej intymności nasza radość pozostałaby płytka i wraz z nadejściem trudności mogłaby się wypalić. Gwarantem trwałości tejże radości w nas jest Duch Święty. Być może ludzie o usposobieniu introwertycznym mogą bardziej rozumieć ten temat, ale najprawdopodobniej nie ma tu jednoznacznej reguły i nie można dokonywać jakiegoś szufladkowania. Dobrze, to tyle na dziś. Znowu tego wyszło dość sporo :) Niech więc Całun Turyński będzie dla nas nie tylko milczącym świadkiem zmartwychwstania, jak go czasem nazywamy, ale także cichym dowodem na niewypowiedzianą rolę Maryi w dziele Chrystusa, co z kolei winno nas prowadzić do odkrywania głębi prawdziwej intymnej radości chrześcijańskiej w nas. Z góry tradycyjnie Bóg zapłać Wam za pomoc w rabanowaniu. Mogę na Was liczyć, na Ciebie, która/który czyta ten tekst, prawda? Dzięki, że jesteście.
"Radości życia rodzinnego są najpiękniejsze na świecie, a radość jakiej
rodzice doświadczają na widok swych dzieci, jest najświętsza" (Johann Heinrich Pestalozzi, programva.com) A jak Ty osobiście rozumiesz powyższy cytat?
Warto odwiedzić:
CNN [#176] Pościel łóżko! >>>
Czy po zmartwychwstaniu Jezus jako pierwszą odwiedził swoją Matkę? >>>