sobota, 15 września 2018

#24 Pan Bóg w naszym powołaniu

W dniach od 9 do 15 września br obchodzony jest w Polsce VIII Tydzień Wychowania, którego temat przewodni tym razem brzmi: „Młodzież, wiara i rozeznanie powołania”. Tematyka łączy się z tym, o czym będą obradować biskupi na 15. Zgromadzeniu Ogólnym Synodu Biskupów rozpoczynającym się już za miesiąc w Rzymie. Dzisiaj kończy się ten Tydzień Wychowania, zatem warto jeszcze poszukać Pana Boga w naszym powołaniu. A może najpierw trzeba w ogóle odnaleźć Pana Boga i z Nim odczytać nasze powołanie?



fot. Free-Photos (Pixabay.com)

Gorąco zachęcam, do wczytania się raz jeszcze w ten list (bo pewnie przynajmniej raz większość z nas słyszała ten list czytany w kościele :) Nie będziemy tutaj rozwijać i analizować jego szczegółów. Spróbujmy jednak, zanim odeślę Was do miejsc w Internecie, gdzie można o tych sprawach poczytać i posłuchać, tak „po naszemu”, „na chłopski rozum”, zastanowić się jak to jest z tym Panem Bogiem i powołaniem.

Nie chcę się tutaj kreować na jakiegokolwiek specjalistę od rozeznawania powołań, bo nim po prostu nie jestem, ale może przydatne okażą się poniższe zasady.

Wcześniej jednak zaznaczmy, że w dzisiejszym wpisie nie chodzi o jakąś konkretną działkę powołaniową, np. kapłaństwo vs małżeństwo vs stan wolny. O powołaniu można przecież mówić też w przypadku zawodu (przykładowo lekarz, historyk, nauczyciel, itp.). Przejdźmy już teraz do zasad.

Po pierwsze, trzymaj z Panem Bogiem! Moim zdaniem jeśli chcemy wstrzelić się w nasze powołanie to tak naprawdę musimy przede wszystkim odkrywać je z Jezusem, prosić o światło Ducha Świętego. Może wszak zdarzyć się, że zbyt pochopnie, bez należytego wsłuchiwania się w głos Boży, wejdziemy w nieswoje powołanie, które wcześniej jawiło się nam jako nasze. Nie znaczy to, że w takim wypadku skazani jesteśmy na dozgonną traumę i choć pewnych decyzji nie można cofnąć, możemy być ludźmi szczęśliwymi, bo i tak naszym podstawowym powołaniem jest świętość. Oczywiście im wcześniej wejdziemy w głęboką relację z Panem Bogiem mamy o wiele większe szanse, że wkroczymy od razu na właściwą ścieżkę powołania. Warto, a nawet trzeba jak najczęściej sięgać po Biblię i wczytywać się w Boże Słowo. Może i Biblijny Raban okazać się pomocny :)

Po drugie, pytaj i słuchaj mądrych ludzi! Ta zasada wiąże się z pierwszą. W odkrywaniu Bożej woli co do naszego życia zdecydowanie mogą pomóc nam mądrzy ludzie, np. kierownik duchowy. Wcale nie musi być nim ksiądz (w przypadku Karola Wojtyły był nim krawiec i księgowy - pan Tyranowski). Odsłaniając przed taką osobą (osobami) nasze wnętrze może nam ona (mogą nam oni) pomóc w rozeznawaniu.

Po trzecie, dokop się do istoty siebie! To brzmi dość poważnie, ale nie musi być takie trudne. Chodzi o to, żeby odkrywać w sobie, wygrzebywać motywy, chęci, pragnienia, które tkwią w nas najgłębiej. Najczęściej ta istota jest przykryta różnymi warstwami i maskami. Dogrzebując się do nich jesteśmy w stanie dowiedzieć się, czego ja w życiu tak naprawdę pragnę i co chcę robić.

Po czwarte, odkrywaj swoje talenty i uzdolnienia! Nie bez przyczyny Pan Bóg obdarzył nas jakimiś talentami. Przykładowo jeśli lubisz liczyć, może masz zostać księgową/księgowym. Albo jeśli pasjonuje Cię historia, masz predyspozycje żeby zostać historykiem.

Po piąte, wybieraj największe dobro! Jeśli mamy różne talenty i uzdolnienia i niejednoznaczne pragnienia w głębi nas, trzeba wybierać większe dobro. Przykładowo Karol Wojtyła zapowiadał się na wspaniałego aktora, ale wybrał jednak kapłaństwo i to było w jego przypadku większe dobro.

Po szóste, wyobraź sobie siebie w planowanym powołaniu! O tej zasadzie mówił franciszkanin o. Leonard Bielecki. Czy widzisz siebie w roli księdza albo męża? Czy wyobrażasz sobie siebie jako aktora? Jakie odczucia tym wyobrażeniom towarzyszą? Oczywiście tutaj trzeba uważać czy rzeczywiście nie wyobrażasz sobie siebie w jakimś powołaniu, czy też czujesz lęk, ale w rzeczywistości chcesz tym kimś zostać.

Po siódme, traktuj "znaki" z rozwagą! Chodzi o to, że nieraz wydaje się nam, że przez takie i takie zdarzenie Pan Bóg coś "na pewno" chce mi powiedzieć. Tutaj trzeba być ostrożnym, bo czasami czyjeś pochopne słowo lub gest może zaważyć na całym naszym dalszym życiu.


Po ósme, nie spinaj się i nie nerwicuj za bardzo! Możemy wszak przesadzić w dwie strony. Albo nie robiąc nic w kierunku rozeznania powołania, albo stawać na rękach i nogach, żeby w nie się wstrzelić. W tym drugim przypadku też możemy się z nim rozminąć, bo nerwy i frustracja wezmą górę nad głosem Boga w sercu. A zatem spokojnie: Jezu, Ty się tym zajmij.

Po dziewiąte, odważ się! Niejednokrotnie jedyną przeszkodą na drodze wkroczenia w powołanie jest lęk. Może ono być prawidłowo rozeznane, ale niepodjęte.


I po dziesiąte, przede wszystkim celuj w świętość! Wszystkie powyższe zasady muszą Cię prowadzić do świętości. To jest cel i powołanie podstawowe każdego z nas. Jeśli coś nie jest zgodne z Bożymi przykazaniami i nauką Kościoła, nie może pochodzić z Wysoka.

Poniżej znajduje się wykaz linków, po które warto sięgnąć rozeznając swoje powołanie. 


Zbliża się październik, a zatem ten wpis i linki mogą okazać się szczególnie przydatne dla studentów, zwłaszcza tych, którzy niebawem rozpoczną pierwszy rok studiów. Życzę Wam, żebyście jak najlepiej wstrzelili się w Wasze powołanie.
 

Czy moje powołanie wpisuje się w powołanie do świętości?



Lista materiałów przydatnych w rozeznawaniu powołania (jeśli masz jeszcze jakieś inne ciekawe treści tego typu, nie zapomnij udostępnić ich w komentarzach!). Warto się z nimi zapoznać.

1. Pragnij! O rozeznawaniu powołania (o. Adam Szustak OP);
2. Pragnij! O rozeznawaniu powołania (cz.1) o. Adam Szustak OP;
3. Pragnij! O rozeznawaniu powołania (cz.2) o. Adam Szustak OP;
4. Pragnij! O rozeznawaniu powołania (cz.3) o. Adam Szustak OP;
5. [NV#225] Czy mam powołanie do małżeństwa?;
6. [NV#226] Czy mam powołanie do stanu duchownego?;
7. [NV#228] Czy mam powołanie do samotności?;
8. [NV#235] Czy można pomylić powołanie?;
9. Pytasz i wiesz: Spóźnione powołanie;
10. bEZ sLOGANU2(207) Czy można zmarnować powołanie?/ (Eng subtitles) Can we waste our vocation?;
11. bEZ sLOGANU2 (145) problem z powołaniem - Franciszkanie;
12. Bez sloganu V - o powolaniu;
13. bEZ sLOGANU2 (117) Dwa powołania - Franciszkanie;
14. Jak rozeznać powołanie - Daniel Wojda, jezuita;
15. 6 sposobów, jak rozeznać powołanie;
16. Jak rozpoznać powołanie?



 

sobota, 8 września 2018

#23 Pan Bóg w „kompletnej beznadziei”

Nie jest łatwo szukać Pana Boga w niedomaganiach ciała, ducha i psychiki. Nie jest też łatwo, gdy przygniatają człowieka pokusy i grzechy. Żadna z tych sytuacji nie jest czymś komfortowym, choć w poprzednich wpisach staraliśmy się szukać Pana Boga także i w tych arcytrudnych rzeczywistościach. Chciałbym jednak, żebyśmy dzisiaj w naszych ciągle jeszcze wakacyjnych refleksjach poszli dalej. Czym jest owo „dalej”? Mam na myśli sytuację, gdy powyższe tragedie występują naraz, a tak przecież może się zdarzyć. Wtedy po ludzku jest to coś z gatunku kompletnej beznadziei. Nieprzypadkowo jednak w tytule tego posta pozwoliłem sobie użyć cudzysłów. Jeśli wierzymy Bogu to przecież wiemy, że dla Niego nic nie jest kompletną beznadzieją. On może wszystko. 



fot. Counselling (Pixabay.com)

Ci, którzy śledzili „Niedoskonałe minikonferencje” na Biblijnym Rabanie publikowane w Wielkim Poście 2018 mogliby w tej kwestii szczególnie dużo na ten temat powiedzieć. Nie chodzi o to, że ja tam sam z siebie jakieś mądrości prawiłem, ale starałem się tylko zachęcać do lektury genialnej książki autorstwa André Daigneault pt. „Droga niedoskonałości. Świętość ubogich”. W którymś z tamtych tekstów wspominałem już chyba, że w trakcie lektury „Drogi niedoskonałości” byłem do głębi wzruszony i przejęty, ze łzami w oczach śledziłem kolejne linijki. 

Szczególnie jeśli ktoś jeszcze tamtej książki i tekstów nie miał przed oczyma, gorąco do tego zachęcam. Generalnie autor w bardzo logiczny sposób, na bazie Pisma Świętego dowodzi, że to paradoksalnie nie w dążeniu do moralnej doskonałości i nieskazitelności czy też bezgrzeszności jest prawdziwa siła oraz piękno chrześcijanina. Nie na tym chrześcijanin tak naprawdę powinien się skupiać. Przynajmniej nie na tym w pierwszej kolejności. Istotą Ewangelii jest miłość. I jeśli nawet przygniatają chrześcijanina setki słabości, grzechów, niedomagań i gdy przez ludzi jest już spisany na straty, to... jest to doskonała okazja do rozpoczęcia drogi największej świętości. I w tym wszystkim nie chodzi o to, że nie warto dążyć do doskonałości moralnej ani nie o to, że można grzeszyć ile wlezie, bo i tak zawsze można powrócić do Boga. Nie! W tym wszystkim chodzi o to, że w sytuacji „kompletnej beznadziei" ZAWSZE jest nadzieja. ZAWSZE!

Oczywiście kiedy człowiekowi naprawdę brakuje nadziei dobrze się innym mówi i pisze, a realia zdają się przerastać resztki dobrej woli. Ale czy tego chcemy, czy nie, Pan Bóg daje nadzieję! I gdy po ludzku nie ma już żadnych szans, nawet obiektywnie i praktycznie, Pan Bóg zawsze, ale to zawsze jest w stanie wyprowadzić dobro. Proszę Was, abyście poprzez udostępnianie tego posta byli apostołami nadziei, apostołami Dobrej Nowiny. Może Wy albo ktoś Wam znany pogrążony jest w takiej beznadziei, może jest o krok od skończenia z własnym życiem - to właśnie do tych osób zwraca się z całą miłością Bóg - „Uwierz, zaufaj Mi, jestem z Tobą i wyprowadzę z twojej sytuacji wielkie dobro!!!”. Przepraszam za może nieodpowiednie porównanie, ale gdy jest Ci naprawdę źle, trzymaj się Boga, jak pijany płotu. Trzymaj się i nie puszczaj. Choćby Ci grozili, że odetną Ci tę rękę, żebyś się już Go nie trzymał - Ty trwaj. Zrób wszystko co po ludzku możesz, żeby poprawić swoją sytuację, a resztę złóż w rękach Pana.

Tak się składa, że dzisiaj świętujemy Narodzenie Najświętszej Maryi Panny. Lepiej złożyć się nie mogło. Dlaczego? Bo to Ona, Maryja, jest najpewniejszą drogą do Pana. Trzymając się powyższej analogii ośmielę się porównać Matkę Bożą do swoistego spoiwa, które pomoże Ci się trzymać płotu; po prostu przyklei Cię do niego. Jeśli już nawet trzymać się nie możesz postaw na Maryję, a z Nią nie możesz przegrać życia. To jest zwyczajnie niemożliwe.

Kończąc ten tekst chciałbym jeszcze przywołać myśl wyrażoną przez Szymona Hołownię. Wspominał on, że nawet jeśli w jego życiu bywało różnie i czasami nie mógł przystępować do Komunii Świętej, po prostu i tak starał się uczestniczyć we Mszy Świętej. To jest nauka dla każdego, kto jest na totalnym dnie. Nie wolno Ci oderwać się od Jezusa. Po prostu nie!

I jeszcze jedna wskazówka z objawień Maryjnych: „Dusza, która poleca mi się przez Różaniec – nie zginie” – powiedziała Matka Boża. Czy wierzysz Jej?


Czy ja, w mojej „kompletnej beznadziei” ufam jeszcze, że „dla Boga (...) nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37)?

sobota, 1 września 2018

#22 Pan Bóg w... pokusach i grzechach

Zastanawialiśmy się już jak i czy można szukać Pana Boga w radości, ale i różnorodnych niedomaganiach: ciała, ducha oraz psychiki. Dzisiejszy wpis będzie dość absurdalny, gdyż udamy się na poszukiwania Pana Boga w miejsca, które wydają się zaprzeczeniem Jego obecności: chodzi o pokusy i grzechy. Patrząc na ten temat logicznie możemy dojść do niewątpliwie słusznego przekonania, że szukanie Pana Boga w grzechu jest jak odnajdywanie koloru białego w kompletnie czarnej plamie.



fot. KlausHausmann (Pixabay.com)

W Dzienniczku św. s. Faustyny znajdziemy m.in. takie zdanie: „Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech” (1728). Przyznam, że z tym zdaniem miałem przez pewien czas problem – bo niby jak to jest z tą Miłością Pana Boga, który kocha zawsze i wszędzie? Czy zatem skoro Pan nie kocha duszy grzesznej, nie ma już dla niej żadnego ratunku? Trzeba jednak przeczytać jeszcze dalszy ciąg tego fragmentu, gdzie jest napisane: „ale kiedy żałuje (dusza grzeszna), to nie ma granicy dla Mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie Moje ogarnia ją i usprawiedliwia”.

Powyższy cytat jest zatem podpowiedzią dla nas jak i czy można szukać Pana Boga w grzechu? Nie tylko można, ale nawet trzeba i to bezwględnie! Nie ma chyba żadnego innego stanu, który wymagałby natychmiastowego poszukiwania Pana Boga jak grzech, a szczególnie ciężki. A od czego te poszukiwania zacząć? Od uświadomienia sobie swojego rozpaczliwego położenia i wzbudzenia w sercu szczerego żalu. A dalej co? Resztę zrobi Jezus. Przeczytajmy jeszcze kawałek Dzienniczka: „Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce Moje, gdy oni wracają do Mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili serce Moje, a cieszę się z ich powrotu”. Z tego fragmentu wynika coś jeszcze: nie tylko poszukiwanie Pana w grzechu jest możliwe i konieczne, ale On sam, gdy przygniatają nas pokusy i grzechy „ściga” nas i szuka.

Bardzo podoba mi się to słowo „ściga”. Zaraz przywodzi ono na myśl Ewangelicznego Dobrego Pasterza, Miłosiernego Ojca, itd., w których odbija się postawa Jezusa „uganiającego” się za grzesznikami i wołającego „Dziecko, pozwól Mi Cię kochać”. A zatem zdanie Pana, że nie może kochać duszy, którą plami grzech trzeba raczej odczytywać jako wyraz wolnej woli człowieka, który nie daje się kochać Bogu niż decyzję Boga. Bóg kocha zawsze i tylko człowiek źle używając swojej wolnej woli może tę miłość odrzucić.

Mówiliśmy sobie już trochę, że rzeczywistość Pana Boga i rzeczywistość grzechu kompletnie do siebie nie pasują. I jest to słuszne spostrzeżenie, to jasne. Jest jednak w Biblii zdanie, które wielu gorszy i brzmi jak herezja: „On (Bóg Ojciec) to dla nas grzechem uczynił Tego (Jezusa), który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Prawda, że to naprawdę dziwne sformułowanie? To jeden z największych paradoksów chrześcijaństwa, nad którym już jakiś czas temu pochylaliśmy się na blogu.

Pan Jezus, przeczysty i święty, wziął na siebie na cały ogrom zła, niemalże w jakiś tajemniczy sposób, niezrozumiały dla nas, utożsamił się z całym badziewiem świata, całym syfem, przekleństwem; „Z (...) przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił – stawszy się za nas przekleństwem, bo napisane jest: Przeklęty każdy, którego powieszono na drzewie” (Ga 3,13). W ramach lektury nad najbliższy czas sięgnijmy po 2 Kor 5,11-21 i Ga 3,10-14.

Na koniec chciałbym Was zachęcić do obejrzenia i wysłuchania bardzo interesujących kazań ks. Nikosa Skurasa (linki pod tekstem). Ów kapłan wspominał m.in. o pewnym żydowskim (chodzi o Żydów chrześcijańskich) midraszu (opowiadanie, przekaz), który mówi o tym, że część aniołów była wtajemniczona w śmierć Syna Bożego na krzyżu, reszta nie. I gdy Boży Syn powracał do nieba prowadzący Go aniołowie (wtajemniczeni) krzyczeli na tych w bramach niebieskich, żeby otwarli je dla Bożego Pomazańca. Tamci u góry (niewtajemniczeni), nie wierząc tym na dole, nie chcieli przystać na ich słowa, gdyż mówili: „Co?! On?! Synem Bożym?! Przecież On śmierdzi grzechami!”. Dopiero usilne błagania tych z dołu i wreszcie interwencja Boga Ojca przekonały aniołów, że w ich kierunku zmierzał Syn Boży we własnej Osobie.


Czy ja, w moim grzechu, pozwoliłem się już wreszcie doścignąć Bożemu Miłosierdziu?


Wybrane (bardzo mocne) kazania ks. Nikosa Skurasa:
 

sobota, 25 sierpnia 2018

#21 Pan Bóg w niedomaganiach psychiki

O ile niedomagania ciała czy ducha, o których ostatnio sobie mówiliśmy są może częściej dyskutowane i więcej się o nich mówi, o tyle niedomagania psychiki są często tematem tabu, o którym zdecydowanie mniej się słyszy. A to nie znaczy, że tego problemu nie ma!

Pokutuje chyba takie przekonanie, że choroba ciała to coś normalnego, choroba ducha, nawet grzech – w porządku to nie jest, ale jeszcze ujdzie. Natomiast gdy komuś szwankuje psychika, szczególnie wierzącemu, to już Kobierzyn i te sprawy. Tak czy inaczej nie da się ukryć, że bardzo często to właśnie nie choroby cielesne ani duchowe, ale właśnie psychiczne są tymi najgorszymi, które toczą człowieka bardziej niż nowotwór złośliwy.



fot. Skitterphoto (Pixabay.com)

Są wakacje. Świeci słońce, ptaki śpiewają – jest w ogóle cudnie i przepięknie. Spróbujmy sobie jednak uświadomić, że są ludzie, którzy tego wszystkiego jakby sobie nie uświadamiają, pogrążeni we własnym świecie, zagmatwaniu psychiki, kompletnym bezsensie, choć za zewnątrz mogą wyglądać całkiem nieźle.

Niedomagania psychiki to bardzo szeroki temat, który rozciąga się od małych problemów, poprzez najróżniejsze depresje, nerwice, zachowania kompulsyjno-obsesyjne, myśli natrętne, aż do schizofrenii i najcięższych postaci (np. okaleczanie, myśli i próby samobójcze). Jak Ty, który może z którąś z tych rzeczy się zmagasz, a może ktoś bliski lub Twój znajomy, możesz szukać w tym wszystkim Pana Boga?

Gdzieś, kiedyś, chyba w Gościu Niedzielnym, przeczytałem o człowieku chorym psychicznie, który paradoksalnie swoją chorobę uczynił drogą do Boga. To taki przykład.

Nieraz mówi się, że człowiek wierzący nie powinien mieć problemów z psychiką. Pewien franciszkanin trafnie jednak zauważył, że podobnie jak ciało może szwankować tak i psychika, może mieć jakąś usterkę. I co ważne, na co wskazują też państwo Monika i dk. Marcin Gajdowie ze wspólnoty Przyjaciele Miłości Miłosiernej, nie wolno unikać leczenia farmakologicznego. Ktoś powie, że modlitwa powinna w takiej sytuacji wystarczyć, a kto ma problemy psychiczne to znaczy, że słabo wierzy. Nieprawda! Również i leki są drogą, przez którą Pan może człowieka uleczyć i nie wolno tej drogi się bać i trzeba z niej korzystać, jeśli zachodzi taka potrzeba. Ważne jest też to, żeby leczenie odbywało się w duchu wiary, a nie tylko w czysto racjonalny sposób z wykluczeniem strony duchowej problemu.

Jedną z najbardziej dokuczliwych form niedomagań psychicznych są skrupuły. W tym temacie można by mówić i pisać niemal w nieskończoność. Chodzi generalnie o to, że człowiek z drobnej słabości lub grzechu lekkiego robi grzech arcyciężki. To poważnie utrudnia życie i blokuje rozwój duchowy. Co gorsza wielu błędnie upatruje w skrupułach niedomagania ducha, bo skoro sumienie człowiekowi wyrzuca grzech, to wyrzuca; może tak być, ale raczej nigdy w skrupułach, które leżą nie na płaszczyźnie choroby ducha, lecz właśnie psychiki. W tej kwestii polecam ciekawe kazanie ks. Dawida Pietrasa, który przystępnie mówi o tych sprawach.

Niedomaganiami psychicznymi są też problemy wynikające z nadwrażliwości człowieka. Są ludzie, którzy wszystko bardzo mocno przeżywają i jest im trudno normalnie funkcjonować. O. Adam Szustak w jednym z Niecodziennych Vlogów ładnie to jednak ujął, że tacy ludzie są w gruncie rzeczy bardzo podobni do Pana Jezusa, bo mają piękne serca. Oczywiście Pan nie miał w jakikolwiek sposób wypaczonej miłości w Sercu, Jego Miłość była doskonała, ale coś w tym jest.

Z kolei pewien inny ksiądz mówił nawet, że osoba całkowicie chora psychicznie ma... najłatwiejszą drogę do nieba, bo nie może np. grzeszyć ciężko. Ksiądz mówił, że to takie osoby będą nas wprowadzać do nieba, bo oni już tam będą.

Poniżej zamieszczam listę stron, gdzie można znaleźć ciekawe informacje jak w konkretnych niedomaganiach psychiki można odnaleźć Pana i jak go w ogóle tam szukać:


W ramach lektury wakacyjnej dzisiaj przeczytajmy następujący tekst: 1 Kor 13.

A może pomocne w walce z niedomaganiami psychiki może się okazać biblijne zdanie: „doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4,18)?

 

środa, 15 sierpnia 2018

#20 Pan Bóg w niedomaganiach ducha

Mówiliśmy sobie już o poszukiwaniu Pana Boga w niedomaganiach ciała. Dzisiaj poszukajmy Go w niedomaganiach ducha.



Mówiąc o niedomaganiach duchowych mam na myśli nie tylko grzechy, ale też jakieś stany wewnętrzne człowieka, kiedy dusza jak gdyby tkwi w mroku, wątpliwościach; nie odczuwa Bożej obecności. W takiej sytuacji człowiek może żyć całkiem porządnie, nawet może budować coraz bardziej zażyłą relację z Panem Bogiem (bo jeśli nie stara się w ogóle o taką relację to sam sobie jest winien :), może być zdrów na ciele i psychice, ale jednocześnie coś go tam może gdzieś w środku uwierać.



fot. 3402744 (Pixabay.com)


Gdy sięgniemy po żywoty świętych to raz po raz, o ile nie we właściwie wszystkich przypadkach, napotkamy wzmianki o krótszych albo dłuższych pustkach i ciemnościach duchowych, w jakich pogrążeni byli ci, którzy później zostali świętymi.

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem na jaki można się powołać, jest św. Matka Teresa z Kalkuty. Przez bardzo, bardzo wiele lat pogrążona była w duchowej pustce. Może nas to dziwić, bo przecież często kojarzymy świętych jako takich, którzy już za życia przeżywali jakieś duchowe ekstazy i doświadczali bliskości Boga. Okazuje się, że to nieco wypaczony obraz świętych.


Oto przykładowe zdanie św. Matki Teresy:


„Jeśli kiedykolwiek będę świętą – na pewno będę świętą od «ciemności». Będę ciągle nieobecna w Niebie – aby zapalać światło tym, którzy są w ciemności na ziemi” (źródło).

 Wydaje się, że niedomagania duchowe mogą być uświadomione (lepiej) i nieuświadomione (dramat). To pierwsze dobrze ilustruje przypadek właśnie świętej z Kalkuty; to drugie dotyka bardzo wielu tych, którzy może i czują się pozornie szczęśliwi i zdaje się, że niczego im nie brakuje ale jednak ich wnętrze zionie przeraźliwą pustką. Są to już nawet nie tyle niedomagania, co już raczej śmiertelna choroba duszy.

No dobra, a jeśli właśnie taki stan przeżywamy, to jak się ratować, jak odnaleźć Pana Boga. Przede wszystkim trzeba w sobie zdiagnozować niedomagania duchowe. To jest absolutna podstawa. Jeśli już ten etap będziemy mieć za sobą, pozostaje właściwie tylko jedno – kurczowo trzymać się Pana Boga i po prostu Go szukać. Wiem, to brzmi infantylnie i wręcz ironicznie. Nie ma jednak innej rady, jak nieustannie karmić swoją wiarę i modlić się, choćby nawet aktami strzelistymi.

Wspominana uprzednio św. Matka Teresa, przechodząc agonię duchową i tęskniąc za Panem, którego nie czuła, była w stanie wypowiadać jedynie słowa:

„Najświętsze Serca Jezusa, ufam Tobie – będę zaspokajać Twoje pragnienie dusz”.

 Można by tu pewnie sypnąć garścią jakichś pięknych słów, motywacji, ale gdy udręki duchowe stają się faktem niejednokrotnie naprawdę bardzo trudno zdobyć się na coś innego, prócz zwyczajnej ufności i wiary, że to wszystko rzeczywiście ma sens. Bo ma, czego najbardziej wyrazistym przykładem były także duchowe udręki Pana Jezusa, choćby w Ogrodzie Getsemani. Z Jego największych niedomagań zrodziły się niewyobrażalnie piękne owoce.

 W ramach naszej wakacyjnej lektury Biblii przeczytajmy i rozważmy w kontekście dzisiejszej refleksji Rdz 32,25-33.


 Czy w swoich niedomaganiach duchowych i poszukiwaniu Boga mam choć trochę takiej determinacji, z jaką patriarcha Jakub zmagał się z Panem Bogiem?

sobota, 14 lipca 2018

#19 Pan Bóg w niedomaganiach ciała


Ostatnio zajmowaliśmy się poszukiwaniem Pana Boga czy raczej już nawet jego obecnością w radości wynikającej ze zdrowia na ciele, duszy i psychice oraz sprzyjającej sytuacji zewnętrznej. Dzisiaj zapraszam do przyjrzenia się sytuacji, kiedy psychika i dusza są w porządku, ale występują jakieś problemy z ciałem. Chodzi o najrozmaitsze kłopoty ze zdrowiem ciała począwszy od tych najmniej poważnych do tych najcięższego kalibru, takich jak np. nowotwory złośliwe.



fot. unclelkt (Pixabay.com)


W zasadzie podobnymi kwestiami zajmowaliśmy się w jednym z wpisów „Boże paradoksy” pt. „PALUSZEK I GŁÓWKA TO...NIEEWANGELICZNA WYMÓWKA”. Nie jest przecież żadnym zaskoczeniem to jeśli powiemy, że cierpienia cielesne, szczególnie te najpoważniejsze, są czymś co może być niezwykle trudnym stanem, niesprzyjającym poszukiwaniu Pana Boga. Jak tu Go szukać, skoro wszystko zdaje się przeczyć temu, że On jest, że jest Miłością, że jest kochającym Bogiem? Wiadomo, że o cierpieniu łatwiej się mówi w pięknych słowach, nawet bardzo Ewangelicznych, ale praktyka w tej kwestii to już nieraz zupełnie inna bajka. Czasami nie można nawet znaleźć żadnych słów, żeby wyrazić ból, cierpienie, niedowierzanie.

Kiedyś w jednej z rozmów ze znanym dziennikarzem Szymonem Hołownią jakaś uczestniczka spotkania wspominała o pewnym młodym człowieku pochodzącym z pobożnej rodziny, który uległ poważnemu wypadkowi. Został w jakiejś części sparaliżowany, nie mógł chodzić. To feralne zdarzenie sprawiło, że chłopak radykalnie przestał wierzyć. Mało tego – robił wszystko co w jego mocy, żeby zanegować istnienie Boga. W tym celu m.in. czytał książki, w których doszukiwał się potwierdzenia swoich racji. Bliscy nie mogli już dać sobie z nim rady.

Może i Ty, która/który przypadkowo czytasz ten tekst masz ochotę postąpić podobnie, może masz kogoś bliskiego lub znajomego kto znajduje się w podobnej sytuacji? Jak w tym wszystkim znaleźć, a przynajmniej nie zgubić Pana Boga? Wydaje się, że branie tego wszystkiego na logikę, stosowanie tutaj racjonalnych argumentów najczęściej w takich sytuacjach jest nieskuteczne, choć trudno definitywnie przesądzać; to zależy. Ale co zamiast tego? Może po prostu trwanie przy takiej osobie, może wspólne łzy, może cisza?

Wydaje mi się, że ważne, być może kluczowe, jest tutaj szukanie Boga lub usiłowanie pozostania przy nim mimo wszystko. Wiem, ktoś powie – niewykonalne. Ale mimo wszystko, wbrew wszystkiemu – trwać przy Bogu, szukać Go. Zamiast całkowitego zwątpienia – pytanie, nawet krzyczenie do Boga – dlaczego, w jakim celu, po co to właśnie mi się przytrafia? Zamiast zupełnej negacji – wołanie – czy jesteś Boże, odezwij się, pomóż.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że cierpienie wbrew pozorom może okazać się łatwiejszą drogą znalezienia Boga niż stan pełnej radości, kiedy wszystko się układa. Są przecież przypadki, nawet liczne, kiedy ktoś właśnie w cierpieniu odnajduje sens życia i łączy się jeszcze ściślej z Bogiem albo w ogóle po raz pierwszy Go odnajduje.

Jest takie powiedzenie: „kogo Pan Bóg miłuje, tego krzyżuje”. Wielu neguje prawdziwość tych słów i poniekąd mają rację. Jeśli myślimy, że Panu Bogu sprawia wielką radość wkładanie różnych krzyży na ramiona, szczególnie ludziom przez Niego umiłowanym, to jesteśmy w okropnym błędzie. Tak nie jest! To Jezus wziął krzyż na swoje ramiona – dla naszego zbawienia. Z drugiej jednak strony czasami jest i tak, że Pan dopuszcza cierpienie w takich sytuacjach, gdzie z tego może wypłynąć jeszcze większe dobro. Doświadczyć go mogą dusze szczególnie rozwinięte duchowo, których cierpienie jest w stanie zrodzić owoce, dzięki którym ktoś przykładowo nawraca się albo zyskuje jakieś inne niezwykłe łaski.

A jak wytłumaczyć przypadki stygmatyków, np. św. o. Pio, św. Franciszka z Asyżu i innych?

W tym roku zamiast opowieści wakacyjnych czytamy sobie jakiś fragment Biblii. Dzisiaj w kontekście cierpienia polecam przejmujący tekst 2 Krl 20,1-11.

Do następnego poczytania już za tydzień. Trzymajcie się ciepło.


Czy w swoich mniejszych i większych krzyżach wynikających z chorób ciała ufam Panu mimo wszystko i absolutnie wbrew wszystkiemu?


Zachęcam do dzielenia się w komentarzach refleksjami na temat naszych dzisiejszych rozważań. 

sobota, 7 lipca 2018

#18 Pan Bóg w radości

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Cieszę się, że znów mamy okazję spotkać się w wakacyjnej serii Pan Bóg na wakacjach, bo to niezbity dowód, że właśnie nadeszły wakacje :) Zapraszam więc na serię Pan Bóg na wakacjach 2! Odsyłam również dla przypomnienia do tekstów zeszłorocznych, których wtedy uzbierało się 17, a zwłaszcza do wpisu wprowadzającego.



fot. Kareni (Pixabay.com)


Generalnie seria wakacyjna jest z definicji nieco luźniejsza, choć nie znaczy to, że wpisy nie zawierają głębszych treści. W tamtym roku szukaliśmy Pana Boga raczej w miejscach fizycznych, takich jak kościół (ale był też Kościół), góra, łąka czy woda. W tym roku chciałbym, żebyśmy pochodzili za Panem Bogiem w „miejscach” czy raczej stanach, które należą bardziej do sfery duchowo-psychicznej. Na pierwszy ogień idzie – euforia; innymi słowy – radość.

Radości poświęcony jest osobny cykl na Biblijnym Rabanie o nazwie Radośnik. Odsyłam zatem także do tamtych tekstów.

Myślę, że okres wakacyjny to czas, który zdecydowanie kojarzy nam się z radością :) Wreszcie trochę dni wolnych, urlop, czas dla siebie i rodziny, itd. W dzisiejszym wpisie chodzi mi w pierwszej kolejności o radość, która wynika z możliwie najlepszej kondycji psychicznej, duchowej i fizycznej. Innymi słowy – jestem zdrów na ciele, psychice i duszy, więc jestem radosny. Poza tym wszystko inne też układa się znakomicie. Radość chrześcijańska może i w miarę możliwości powinna pojawiać się także i wtedy, gdy ciało lub psychika szwankują, ale dusza jest zdrowa. Tym tematem dzisiaj jednak się nie zajmujemy.

A zatem jeśli żaden ból człowiekowi nie doskwiera można powiedzieć, że znajduje się on już w przedsionkach nieba. Myli się jednak ten kto uważa, że taki stan zawsze prowadzi do Boga. Paradoksalnie taka radość może być bardzo źle przeżywana, a nawet może prowadzić do odwrócenia się od spraw Bożych. Bo skoro nie ma już żadnych zmartwień i wszystko idzie jak trzeba, to po co człowiekowi Bóg?

Jak taką radość powinien przeżywać chrześcijanin? Odpowiedzią jest wdzięczność i uwielbienie. Dziękuję Panu za to, co mam, bo wszystko to pochodzi od Pana i uwielbiam go, za wszystko co mi wyświadczył. Jeśli w ten sposób podchodzimy do radości i tak ją przeżywamy, to rzeczywiście jesteśmy już w przedsionkach nieba.

Co jest jeszcze ważne? Wydaje się, że przeżywana przez nas radość będzie prawdziwsza i owocna, jeśli nie tylko my będziemy nią żyć, ale jeszcze będzie ona w jakiś sposób emanowała na innych. Nie chodzi o to, że oto teraz będziemy skakać, biegać i będziemy zawsze „uchachani” od ucha do ucha. Nie o to chodzi. Niezależnie jednak od naszych uzdolnień czy temperamentu powinniśmy na miarę swoich możliwości dzielić się przeżywaną radością. I jeśli będziemy prawdziwie szczęśliwi pomysły na to dzielenie na pewno znajdą się w naszej głowie i wcielimy je w życie.

Zmierzając powoli do zakończenia naszego pierwszego wakacyjnego spotkania w tym roku trzeba powiedzieć, że opisywana dzisiaj radość jest paradoksalna – z jednej strony może nas przenosić niejako w przedsionki nieba, z drugiej jednak strony może nas odwrócić od Pana, który może nam się już wydawać niepotrzebny. Jeśli jednak będziemy przeżywać radość w duchu wdzięczności, uwielbienia i dzielenia się nią, będzie to najbezpieczniejsza i miła Bogu postawa, w której najpewniej go znajdziemy.

W ramach lektury Pisma Świętego przeczytajmy sobie dzisiaj dla przypomnienia tekst o Przemienieniu Pana Jezusa Mt 17,1-8 i rozważmy go w kontekście dzisiejszego wpisu. Warto przeczytać też tekst o pełni radości.

Zapraszam na kolejne spotkanie z serią Pan Bóg na wakacjach już za tydzień w sobotę. W tym roku wpisy rabanowe pojawiają się raz w tygodniu (nie wiem jeszcze do końca czy we wszystkie soboty lipca i sierpnia); nie będzie opowieści wakacyjnych. Zachęcam jednak do przeczytania albo przypomnienia zeszłorocznych tekstów.


Czy w przeżywanej przez siebie radości umiem odnaleźć Pana Boga?

Pozdrawiam Was serdecznie. Z Panem Bogiem.