sobota, 18 listopada 2017

#2mitołamacz Jak czytać Biblię? – Oto jest pytanie

O czytaniu Listu od Pana Boga, czyli Bosko-ludzka „epistolografia”




Moi Drodzy, jako że dziś trzecia sobota listopada, przyszedł czas na kolejny odcinek z serii „Mitołamacz”. Ostatnio, dość ogólnie, rozprawialiśmy o podstawowych kwestiach, związanych z prawidłowym rozumieniem tekstu Pisma Świętego (odsyłam do stosownego wpisu #1mitołamacz Duch czy litera? Szczególnie tych, którzy jeszcze nie mieli okazji przeczytać; a tych, którzy jeszcze nie wiedzą, o co biega w tej serii, zapraszam do wpisu wprowadzającego :).

Dzisiaj chciałbym, żebyśmy zatrzymali się przez chwilę nad kwestią czytania Biblii, a poprzez to jej rozumienia. Niektóre kwestie będą się zapewne powtarzały, ale położymy nacisk na nieco inne zagadnienie. Na początek kilka kwestii, częściowo dla przypomnienia: Biblia nieomylnie naucza prawd objawionych dla naszego zbawienia; Biblia nie jest jednak zbiorem żadnych prawd, ale uczy prawd zbawczych poprzez interakcję na linii Bóg – autor ludzki – tłumacz – czytający lub słuchający; na przestrzeni dziejów Kościół niejako uczy się rozumienia Biblii i choć może zmieniać się sąd Kościoła w pewnych kwestiach, dogmaty nie podlegają zmianie, ale co najwyżej rozumienie pewnych prawd; natchniony w Biblii jest nie tyle tekst, ale autor, a raczej słowa napisane przez natchnionego autora. To tyle jeśli chodzi o powtórkę lub słowa wprowadzenia. Teraz ad rem, do rzeczy.


Na przestrzeni dziejów wykształciło się wiele różnych sposobów lektury Pisma Świętego. Mamy przecież czytanie i słuchanie w czasie Mszy Świętej, rozważanie wspólnotowe poza liturgią, medytacje i wreszcie indywidualną lekturę. To są tylko najbardziej podstawowe rodzaje podejścia do Słowa Bożego. Każda z tych form może dzielić się na pomniejsze i nieco zmodyfikowane nurty.

Zatrzymajmy się teraz nad Słowem Bożym studiowanym we wspólnocie, co jest kwestią podstawową w obszarze lektury Biblii; szczególnie mamy tu na uwadze Mszę Świętą. Dochodzi wtedy do interakcji między Bogiem, przemawiającym poprzez spisane przez ludzkiego autora natchnione słowa, a wspólnotą, zebraną na modlitwie oraz słuchaniu i rozważaniu Pisma Świętego. Zauważmy, że paradoksalnie nie do końca właściwe jest podejście, gdy jakaś grupa osób pobożnie medytując nad tekstem zastanawia się tylko i wyłącznie, co Pan chce im powiedzieć tu i teraz; następuje rozeznawanie. Oczywiście tak można i trzeba, ale wspólnota musi zawsze uwzględniać najpierw istnienie innej wspólnoty, tej, do której należał i do której pisał autor natchniony. Może się zdarzyć, że jakieś zalecenie, które kiedyś było adekwatne, może nie do końca odpowiadać współczesnym realiom. Po uwzględnieniu wspólnoty pierwotnej trzeba jeszcze wziąć pod uwagę współczesny stosunek Kościoła do danego fragmentu i jego oficjalną wykładnię. Na końcu możemy wreszcie zastanowić się, co Pan chce powiedzieć nam. Istnieje zatem duża szansa, że odkryjemy jakąś prawdę, ważne jednak, żeby mieściła się ona w dość szeroko rozumianej wykładni oficjalnej Kościoła. W przeciwnym razie warto zasięgnąć opinii specjalisty w tej dziedzinie.

Rzecz jasna trzeba uwzględnić jeszcze tzw. kryteria lektury tekstu świętego, o których uprzednio trochę sobie mówiliśmy. Dla przypomnienia są to m.in.: mentalność tego kto, kiedy, do kogo (chodzi o wspomnianą uprzednio wspólnotę pierwotną) i gdzie to napisał; co autor miał na myśli, co chciał przekazać wspólnocie i nam; uwarunkowania kulturowe tamtych czasów i sposób myślenia oraz wyrażania pewnych prawd; rodzaj literacki tekstu (opowiadanie historyczne, przypowieść, alegoria, hymn, tekst mądrościowy, podanie ludowe, itp.); relacja tekstu w stosunku do całości Biblii i miejsc paralelnych (zbieżnych); co tekst poprzedza i co bezpośrednio po nim następuje; kto w tekście występuje i jaka jest jego rola, czy może kogoś symbolizuje czy uosabia (ważne przykładowo w odniesieniu do tekstów Starego Testamentu, gdzie wiele postaci i pism, zapowiada/uosabia Jezusa Chrystusa). Dodajmy, że zawodowi bibliści stosują bardziej profesjonalne nazwy na określenie powyższych zagadnień, np. kryterium czasu, miejsca, postaci, miejsc paralelnych, poprzedzających i następujących, itd., ale na nasze potrzeby wystarczą mniej naukowe objaśnienia :)

Może ktoś z was zapyta, dlaczego nasze rozważania na Biblijnym Rabanie na pierwszy rzut oka nie zawierają tak szczegółowo rozpisanych poszczególnych kryteriów i etapów lektury tekstu. Otóż są to tylko pozorne braki. Na miarę swojej wiedzy i znajomości Biblii (jak wiecie nieprofesjonalnej, ale w miarę możności podążającej za biblijną pasją) staram się to wszystko uwzględniać, choć Waszym oczom ukazuje się jakby, mówiąc brzydko, produkt finalny rozważań. Widzicie, że nie staram się trzymać tekstu kurczowo i literalnie, ale przy pomocy Ducha Świętego zabiegam o to, żebyśmy wydobyli z tekstu ukrytą, może czasami nieco zakurzoną prawdę, ale równocześnie staram się dbać, żeby to, co wyłowimy z perykopy, nie wykraczało poza oficjalną wykładnię, a przynajmniej poza ramy ustanowione przez zdrowy, chrześcijański rozsądek poparty natchnieniem Ducha Świętego, tradycją i rozeznaniem.

Oczywiście moglibyśmy przeprowadzać za każdym razem takie rozbudowane analizy, ale po pierwsze istnieją już opracowania przygotowane przez znawców tematu, do których możemy sięgnąć, a po drugie, może ważniejsze, takie obszerne dociekania byłyby chyba nieco mniej strawne. Pragnę, żeby nasze spotkania z Biblią były pełne miłości i radości Ducha Świętego, dlatego nie zmuszam Was do niemal matematyczno-logicznych opracowań (niemal jak na maturze ;), ale dzielę się z Wami tym, co „wyszło” mi z tych dociekań.


Rzecz jasna nie przeprowadzam za każdym razem na papierze analizy tekstu z uwzględnieniem kryteriów, ale staram się to mieć na uwadze, a przede wszystkim słuchać Ducha Świętego i poddawać się jego prowadzeniu. Jeśli chcecie, możemy kiedyś przykładowo w ramach Niespodzianki, zrobić taką analizę jakiegoś tekstu Biblijnego. Pożyjemy, zobaczymy, w końcu to miałaby być niespodzianka ;) Póki co odsyłam Was do zakładki Wokół Biblii i/lub do linku pod spodem, gdzie jest adres Telewizyjnego Uniwersytetu Biblijnego. W jego ramach są wykłady, gdzie znakomici bibliści przeprowadzają takie analizy w skróconej formie. Gorąco polecam!

Chciałbym jeszcze dodać, a właściwie ponowić moją zachętę w stosunku do Was, drogie Czytelniczki i szanowni Czytelnicy, abyście w komentarzach zamieszczali także Wasze natchnienia, przemyślenia w stosunku do tekstów, które proponuję w kolejnych wpisach. Oczywiście odsyłam z przyjemnością także do zakładki Świadectwa, gdzie można dzielić się swoim przeżywaniem lektury Pisma Świętego, metodami czytania czy słuchania i wszystkim, co może także ubogacić nas wszystkich, potęgując tym samym raban Bożego Słowa. A zatem do dzieła: Idźcie i głoście :)

Chciałbym jeszcze poświęcić kilka zdań indywidualnej lekturze Biblii, a szczególnie metodzie na tzw. „chybił trafił”. Czasami można spotkać się z zachętami, aby sięgać po Pismo Święte, szczególnie gdy mamy jakiś problem lub ważną decyzję do podjęcia, otworzyć Księgę (a właściwie Księgi, bo z greckiego „biblia” to księgi :) i wskazać palcem fragment, wedle którego podejmujemy potem decyzję lub coś oceniamy. Czasami nawet w ten sposób podchodzą do Pisma Świętego wspólnoty, które chcą poznać Bożą wolę.

Tutaj jednak pojawia się mały problem albo raczej może pojawić. Nie wszyscy pochwalają taką metodę, gdyż w stosunkowo prosty sposób może ona ulec skrzywieniu magicznemu. Innymi słowy: człowiek traktuje tekst jako wyrocznię i jeśli, co gorsza, nie uwzględnia tych wszystkich kryteriów, o których sobie mówiliśmy wcześniej i ostatnio, może wpakować się w niezłe tarapaty, tekst może przysłonić Boga.

Powyższy problem dobrze obrazuje pewna anegdota, oczywiście przejaskrawiona, którą kiedyś zasłyszałem, i którą w parafrazie tutaj przedstawię. Otóż pewien człowiek chcąc poznać Bożą wolę otworzył Biblię na chybił trafił i znalazł fragment o tym, jak Judasz się powiesił (Mt 27,5)... Pomyślał, że chyba coś poszło nie tak, a potem ponowił proces. Tym razem znalazł fragment: „Idź i ty czyń podobnie” (Łk 10,37). Przerażony nie na żarty postanowił raz jeszcze, ostatni, zastosować metodę na chybił trafił. A zatem pyk palcem w przypadkowe miejsce i oto fragment: „Co chcesz (inne tłumaczenia: masz) czynić, czyń prędzej” (J 13,27).

Choć to tylko anegdota myślę, że dobrze pokazuje niebezpieczeństwo związane z metodą na chybił trafił. Biblia to nie przypadek czy magia, ale żywy Bóg, Trzy Osoby Boskie. Oczywiście zdecydowanie nie jest moją intencją zniechęcać Was do takiej metody; stosujcie ją z rozwagą, ale dlaczego w przypadku poważnych wątpliwości nie sięgnąć po prostu do odpowiednich ustępów Biblii, gdzie porusza się temat, który Cię nurtuje albo obgadać go z kierownikiem duchowym. Wtedy szanse na ewentualne minięcie się z wolą Bożą zmniejszają się do minimum.

Ten wpis nie jest stricte na temat sposobów czytania Biblii, dlatego póki co odsyłam Was do stosownych stron, gdzie takowe można znaleźć. Na jednej z nich znajdziecie chyba ze dwadzieścia metod :) Może kiedyś zrobię jakiś tekst na ten temat, ale nie obiecuję. Teraz mam tylko dwie propozycje, takie od siebie, ze szczególną dedykacją: dla opornych i dla bardziej zaawansowanych w świecie Biblii. Co do pierwszej, odsyłam do stosownego wpisu #1Niespodzianka dla opornych i nie tylko. Druga rozłożona jest dość mocno w czasie, jeśli chcecie, nawet na lata. Polega na tym, że w pewnym momencie życia, najlepiej tu i teraz lub przykładowo w swoje urodziny, bierzesz Biblię i czytasz pierwszy rozdział. Każdego dnia lub przynajmniej tygodnia czytasz jeden rozdział; raczej nie więcej. Daj sobie minimum kilka minut czasu, żeby z tym tekstem pobyć, pomedytować, przemodlić, pomyśleć o kryteriach lektury :), ale nade wszystko wsłuchać się w głos Pana, który mówi do Ciebie w swoim Słowie. Zobaczysz, że po tygodniach, latach, może stać się tak, że cała historia zbawienia ukazania w Piśmie Świętym będzie się przed Tobą rysowała jako przepiękny Boży plan. Niejako będziesz uczestnikiem kolejnych etapów historii Izraela i Kościoła. Oczywiście w czasie tej lektury słuchaj Słowa Bożego także jak najczęściej we Mszach Świętych, czytaj też poza Mszą, indywidualnie czy we wspólnocie, niekoniecznie po kolei, ale nie zaniechaj przy tym systematycznej lektury księga po księdze, od Rdz do Ap. Ta metoda mogłaby się nazywać Rdzap (Od Księgi Rodzaju do Księgi Apokalipsy ;)

Możesz tę metodę zastosować na jakimkolwiek rozwoju wiedzy biblijnej jesteś, ale jest ona chyba szczególnie przydatna dla tych, których nie przerażają już opisy historyczne czy kultyczne Starego Testamentu, bo wiedzą, na czym rzecz polega i jak trzeba to czytać i rozumieć. Czytając tak, macie przedziwną szansę zasmakować rozwoju Bożego planu zbawienia, czemu służy lektura Biblii księga po księdze rozłożona w czasie, na przestrzeni tygodni czy wielu lat. Spróbujcie, może wam się spodoba. Trzeba tu być trochę cierpliwym i wytrwałym.


Dobrze, moi Drodzy, kończmy powoli na dziś ;) Wiem, że było trochę długo, ale można by jeszcze dłużej, bo to treści obszerne i myślę, że choć trochę ciekawe. Nie wolno nam się pod żadnym pozorem zrażać może nieco skomplikowanymi kwestiami i groźnie (naukowo :) brzmiącymi kryteriami. Pamiętajmy, że Bóg to przede wszystkim kochający Ojciec, a nie profesor od analizy i logiki.

Kończy się też powoli listopad. Za tydzień niespodzianka. Jak zapowiadałem już kiedyś, będzie to zupełnie nietypowa, wyjątkowa niespodzianka, a właściwie zapowiedź. Więcej póki co nie zdradzę ;) Proszę o cierpliwość. A, niech będzie! Jeśli pod tym wpisem ukażą się minimum trzy komentarze spoza bloga, od różnych osób, wpis z niespodzianką ukaże się wcześniej. Co Wy na to? :)

Teraz więc oddaję w Wasze ręce komentarze, które na razie są puste, ale może za Waszą przyczyną choć trochę się wypełnią.


Bibliografia wpisu i propozycje:

  1. Przyjaciele Miłości Miłosiernej, cykl audycji Rozumieć Biblię, cz. 2 i 3, http://www.przyjacielemm.pl/index.php/on-line;
  2. Telewizyjny Uniwersytet Biblijny, wykład: Jak czytać Pismo Święte?, http://tv-trwam.pl/film/telewizyjny-uniwersytet-biblijny-jak-czytac-pismo-swiete;

piątek, 10 listopada 2017

#10 Boży paradoks 1 J 5,14-15 i Hbr 5,7

„Jezu, Ty się tym zajmij!”



Witajcie! Dzisiaj spotykamy się dość nietypowo, bo już w piątek, a to z racji jutrzejszego Święta Niepodległości. Przy okazji zapraszam Was i zachęcam do lektury wpisu z tej okazji na moim drugim blogu #10 Historia nauczycielką życia | Wszystkie drogi prowadzą do...niepodległości?

Św. Jan Apostoł i Ewangelista jest jak wiemy autorem czwartej Ewangelii oraz Apokalipsy zamykającej Biblię. Napisał również trzy listy. Dwa wiersze zaczerpnięte z epilogu pierwszego z nich będą dzisiaj wstępem do naszych rozważań na temat kolejnego Bożego paradoksu.

Św. Jan pisze, że „ufność, którą w Nim [Synu Bożym] pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą. A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również posiadania tego, o cośmy Go prosili” (1 J 5,14-15). Słowa te przywołują nam na pamięć zapewnienia Pana Jezusa, jak choćby to zaczerpnięte z Janowej Ewangelii: „Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni” (J 15,7). Nie jest to oczywiście jedyny przykład zachęty skierowanej przez Pana do Apostołów i ludzi wszystkich czasów (por. np. Mt 7,7-11; J 16,20-23).

Na bazie tego co zostało powiedziane, ktoś może już wyłowił zagadnienie mieszczące się w kategorii Bożych paradoksów – Jak to w końcu jest? Pan Jezus obiecał, że spełni wszystko o cokolwiek go poprosimy? A jeśli to o co proszę nie jest zgodne z Jego wolą, to mnie nie wysłucha... A zatem Bóg zaspokaja wszystkie prośby czy nie?

Zarysowana sprawa w swej istocie jest niezwykle głęboka i tajemnicza, a z drugiej strony fascynująca poprzez swą prostotę. Wielu z nas może ciągle jeszcze postrzega Boga jako kogoś, kto spełni wszystkie zachcianki i zrealizuje każdą potrzebę. Przykładowo ja mu dziś w swojej łaskawości odstąpię pięć minut czasu z mojej doby na modlitwę, a On automatycznie (?) sprawi, że wygram pięć milionów złotych na loterii. Ja mu to, On mi to – taka ziemsko-niebiańska transakcja. Zauważmy jednak, że Jezus, oprócz swojej woli, stawia też inny warunek, z którym już powyżej się spotkaliśmy: „jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was...” – wtedy dopiero możemy liczyć na przychylność Boga w stosunku do naszych próśb. Jeśli staramy się na co dzień żyć w bliskości z Jezusem (nie znaczy to bynajmniej, że musimy być doskonali) i dokładamy starań, aby żyć w zgodzie z Jego przykazaniami, jeśli coraz bardziej poznajemy Jezusa, wówczas także nasze prośby przybierają nieco inną, bardziej dojrzałą postać. Wtedy już nie jesteśmy jak dzieciaki, które dąsają się na Tatusia, bo ten nie chciał im kupić worka cukierków. Wtedy już wiemy, że Tatuś przewidział przyszłe problemy z zębami z powodu nadmiaru cukru i następnym razem nie nalegamy na zakup cukierków, ale zdajemy się na wolę Tatusia, który wie co nam kupić, co jest w danym momencie dla nas najlepsze. Poznając Tatusia coraz bardziej i kochając Go mocniej prosimy, żeby może kupił nam świeże jabłka, co bardziej wyjdzie nam na zdrowie. I o dziwo Tatuś się zgadza...

Takie „o dziwo” towarzyszy nam może nieraz, gdy czytamy żywoty jakichś świętych, którzy może gdzieś się tam pomodlili i właśnie o dziwo ktoś odzyskał zdrowie lub Pan Bóg w wyjątkowy sposób zadziałał na skutek ich modlitwy. Z czego to wynika? Otóż wydaje mi się, że taka święta lub święty opierali swoją modlitwę na trzech głównych fundamentach, co i dla nas jest doskonałą wskazówką. Po pierwsze wierzyli, że to, o co proszą, jest dobre (np. modlili się o czyjeś zdrowie, a nie o to, żebym miał lepsze auto niż sąsiad...); po drugie prosili z dziecięcą ufnością i wiarą, że zostaną wysłuchani, o ile (po trzecie) ich prośba zgodna jest w Bożą wolą. Zauważmy, że jeśli podchodzimy do modlitwy w takiej właśnie postawie, ZAWSZE jesteśmy wysłuchani, bo zawsze poddajemy się w modlitwie Bożej woli.



Spośród wszystkich próśb, jakie możemy zanosić do Pana Boga, jest jedna szczególna – to modlitwa za grzeszników i, co się z tym wiąże, o zbawienie wieczne dla siebie i innych. Czy może być coś bardziej zgodnego z wolą Bożą jak zbawienie dusz? A skoro jeszcze prosimy o nie w pokorze i z wiarą, że otrzymamy, cóż stoi na przeszkodzie, abyśmy zostali wysłuchani? Jedynie nasza wolna wola...

Słyszałem, jak pewien ksiądz wspominał w kazaniu, że modlitwa o czyjeś nawrócenie jest zawsze wysłuchana. Potwierdził to najwyższy Autorytet, sam Pana Jezus Miłosierny, mówiąc do św. s. Faustyny: „Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa o nawrócenie dusz grzesznych; ... ta modlitwa jest ZAWSZE wysłuchana” (Dz 1397). Taka obietnica może się komuś wydać dziwna, bo mąż nadal wraca do domu nietrzeźwy i robi awantury pomimo kilku lat modlitwy żony; syn stacza się na dno, pomimo usilnych błagań i modlitw matki; córka nie chce zerwać znajomości z żonatym mężczyzną... Na te wszystkie bolączki jest jeden bardzo prosty sposób – Jezu, Ty się tym zajmij!

Na koniec dzisiejszych rozważań proponuję zatrzymanie się nad tą prostą modlitwą serca – Jezu, Ty się tym zajmij. Została ona przekazana przez samego Jezusa niejakiemu ks. Dolindo Ruotolo, o którym z wielkim szacunkiem wypowiadał się nawet św. o. Pio. Znam słowa tego krótkiego aktu zawierzenia już od dość dawna, ale na fragmenty pism wspomnianego kapłana natknąłem się w najtrudniejszych chwilach mojego życia, gdy odchodziła z tego świata moja ukochana Mamusia... Gorąco zachęcam do zapoznania się przynajmniej z wycinkiem pism Sługi Bożego ks. Dolindo Ruotolo (http://www.parafiaolszanka.pl/?akt-zawierzenia,63).

Generalnie w przesłaniu do ks. Ruotolo Jezus kładł nacisk na bezgraniczne zawierzenie się Jego woli, szczególnie w chwilach największych doświadczeń. Paradoksalnie (nasze ulubione słowo serii), największe pole do działania dla Jezusa otwiera się nie wtedy, gdy pełni trwogi i żalu przedstawiamy Panu na modlitwie bardzo długą listę naszych bolączek, gdy niemal rozkazujemy Bogu by uczynił tak i tak, a jednocześnie modlimy się „bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi”... Jezus może działać największe cuda dopiero wtedy, gdy wszystko mu oddajemy i zawierzamy i prosimy, by On się tym zajął (pamiętacie, jak Bóg działał, gdy król Jozafat udawał się na wojnę?). Taka postawa jest z jednej strony pełna dziecięcej prostoty i zaufania, a z drugiej, nie łudźmy się, wymaga nie lada heroizmu... Sam z doświadczenia wiem, jak trudno jest poddać się Bożej woli, bez granic i zastrzeżeń, zwłaszcza w obliczu wielkiego cierpienia. Pamiętam, jak trudno było mi tak po prostu zawierzyć Jezusowi, gdy umierała Mamusia... Czysto po ludzku człowiek zrobiłby właściwie wszystko, żeby ukochana osoba żyła... Jakże trudno tak na maksa zaufać Bogu, a tylko wtedy może wstąpić w serce prawdziwy pokój i radość... Wtedy Bóg może zrobić wszystko, nawet sprawić cud... On wie najlepiej, co jest najlepsze w danej sytuacji...

Pamiętamy, że nawet Jezus, Bóg-Człowiek, prosił Ojca w Ogrójcu o oddalenie kielicha cierpienia. Jednakże poddał się woli Bożej z miłością i uległością. I rzeczywiście wtedy dokonał się największy cud w historii, cud odkupienia człowieka. Wtedy ujawniła się w pełni Boża moc. Autor listu do Hebrajczyków napisał nawet: „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On [Pan Jezus] gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości” (Hbr 5,7). Jak to został wysłuchany? Tak, choć to Boży paradoks, został wysłuchany, bo przecież pomimo prośby doraźnej o oddalenie cierpienia modlił się przede wszystkim, żeby stała się wola Ojca, nie Jego, i tak też się stało. Poza tym ostatecznie Jezus przez zmartwychwstanie pokonał śmierć, odnosząc bezwzględne zwycięstwo nad cierpieniem.


Czy potrafię się modlić z ufnością i poddaniem się woli Bożej nade wszystko? Kim jestem na modlitwie: rozkapryszonym dzieciakiem czy kochającym dzieckiem Boga, które całkowicie ufa Tatusiowi? Co we mnie przeważa: lęk o siebie, o bliskich, o jutro czy pokój i radość z faktu, że czuwa nade mną Ten, Który wie czego mi potrzeba (por. Mt 6,25-34)?

sobota, 4 listopada 2017

#10 Pochylmy się nad... Rdz 19,1-29

Pochwyceni przez Boga


Wiem, Kochani, że w serii „Pochylmy się nad...” dość często sięgamy po premierową księgę Biblii, czyli Księgę Rodzaju, jednakże chciałbym Was dzisiaj zaprosić do pochylenia się nad 19 jej rozdziałem, konkretnie nad wersetami od 1 do 29. Pewnego razu słuchając tego fragmentu jako czytania mszalnego, szczególnie poruszyło mnie jedno zdanie – jeden wiersz; ale po kolei.

Po pobieżnej lekturze fragmentu 19 rozdziału możemy nawet nieco się zgorszyć. Przynajmniej może pojawić się w naszej głowie jakiś mały niesmak. Ktoś może zapyta: „O takich „brzydkich” rzeczach też piszą w Piśmie Świętym”? (nawiasem mówiąc tego typu zagadnienie nadaje się szczególnie do nowej, powakacyjnej serii Biblijnego Rabanu, czyli „Mitołamacza”, gdzie próbujemy zmierzyć się z zarzutami względem Bożego Słowa i uczymy się jak czytać i rozumieć Biblię). Czytamy tam bowiem, że do Lota, bratanka Abrahama, mieszkającego wraz z żoną i córkami w Sodomie, przybywają starzy i młodzi mieszkańcy miasta i wysuwają niecne żądania – chcą, aby Lot wydał im dwóch gości, którzy nieco wcześniej do niego przyszli, żeby „mogli z nimi poswawolić!” (Rdz 19,5). Chyba wiemy, o jakie swawolenie chodzi... To obrazuje totalne zepsucie moralne mieszkańców Sodomy. Jednakże owi goście bratanka Abrahamowego nie są zwykłymi ludźmi, lecz wysłannikami Pana (aniołami) i przybyli do miasta w bardzo konkretnym celu – aby dokonać na nim pomsty Bożej. Moglibyśmy tutaj strzelić mały wykładzik na temat wszelkich wynaturzeń moralnych, szczególnie seksualnych, w kontekście analizowanego fragmentu, ale dzisiaj wczytajmy się w opis... Bożego Miłosierdzia.

Ktoś może teraz chciałby zwrócić mi uwagę: „Zaraz, zaraz, my chyba mówimy o dwóch różnych tekstach. Gdzie Ty masz napisane o Miłosierdziu Bożym w tekście, który aż niemal przeraża strasznością kary Bożej względem Sodomy i Gomory”. Spokojnie, ciągle mam na myśli 19 rozdział Księgi Rodzaju.
Bóg zawsze pragnie uchronić człowieka przed wielką ruiną, przede wszystkim moralną...

Otóż goście Lota w cudowny sposób zażegnali niebezpieczeństwo ze strony mężczyzn sodomskich (porazili ich ślepotą), ale bratanek Abrahama znajdował się w jeszcze większym niebezpieczeństwie – przecież niebawem miasto, w którym przebywał z rodziną, dosięgnie straszliwa kara. Toteż Boży wysłańcy przynaglali go do ucieczki. Co ciekawe, już zaczynało świtać, a Lot zwlekał, nie spieszyło mu się. I w tym momencie pojawia się moim skromnym zdaniem, jeden z najpiękniejszych opisów Bożego Miłosierdzia w Biblii, a już przynajmniej w Starym Testamencie. W wierszu 16 czytamy: „Kiedy zaś on (tj. Lot) zwlekał, mężowie ci (tj. goście-aniołowie) CHWYCILI go, jego żonę i dwie córki za ręce – Pan bowiem litował się nad nim – i wyciągnęli ich, i wyprowadzili poza miasto”. Gdybym to ja sobie ubzdurał taką interpretację moglibyście polemizować, jasne, ale to sam Duch Święty subtelnie nakłania nas do takiego toku rozumowania we wspomnianych słowach – „Pan bowiem litował się nad nim”. Czyż to wszystko nie jest piękne? Pan nie zapomina o jednym człowieczku i jego rodzinie; Jego wysłańcy do rana zwlekają z wymierzeniem kary miastu; do świtu robią wszystko, żeby Lota uratować. I gdy nawet to nie przynosi zamierzonego skutku, siłą wyprowadzają ich z miasta zagłady. Pan już wcześniej mógł powiedzieć: „Ach, ty Locie. Co cię będę namawiał i namawiał. Giń razem z innymi”. Nie, nie, nie!!! Ekonomia Bożej Miłości Miłosiernej jest inna – On robi wszystko, żeby nas ratować z najgorszych opresji, szczególnie tych najpoważniejszych – duchowych. W tym opisie ukryta jest też jakoś tajemnica wolnej woli człowieka i Bożej Opatrzności. Może tu jest klucz do zrozumienia tego zagadnienia? Może czasami Bóg musi mocniej zainterweniować pozornie łamiąc wolność człowieka, ale to wszystko dla jego dobra?

Słuchając tego fragmentu tak sobie pomyślałem, jak to dobrze, że Pan Bóg czasami wkracza niemal siłą w życie człowieka, dla jego dobra. Niejednokrotnie może się wydawać, że nie potrzebujemy Boga i Jego Miłości, sami sobie poradzimy i tak siedzimy do upadłego w „Sodomie”, która lada moment się zawali. Czasami w takich sytuacjach Pan wkracza z wielką mocą i niejednokrotnie może dopiero w Niebie okaże się, z jakich opresji uratował nas Bóg, posługując się pozornie dziwnym i niezrozumiałym zdarzeniem. Czasami jedni doświadczają przykładowo jakiejś poważnej choroby, inni tracą nagle pracę, a jeszcze innym np. upada dobrze prosperujący biznes. Są to zdarzenia, na które trudno nie zareagować wyrzutami i gniewem w stronę Pana Boga. A może dzięki tej chorobie Pan sprawia, że osoba zbliża się do Niego, a będąc zdrową utraciłaby życie wieczne, brnąc w grzechy (rzecz jasna w żadnym wypadku choroby nie uznaję tylko i wyłącznie jako wyraz kary Bożej, bo to byłoby absolutnie niedorzeczne i sprzeczne z nauczaniem Kościoła)... A może osoba pozostając dalej na stanowisku pracy, poznałaby kochankę lub kochanka, i zgubiła swoją duszę... A może wielki biznes przerodziłby się w pasmo oszustw i nieczystych zagrań (choć oczywiście biznes może i powinien służyć pięknym celom i oby tak pięknie zawsze było; bynajmniej nie zniechęcam, ale zachęcam do rozpoczynania własnej działalności gospodarczej i przedsiębiorczości, oczywiście na etycznych zasadach:)... Tylko Pan to wie.


Lot i jego córki uciekają z Sodomy (z tyłu żona Lota), Rdz 19,17, ilustracja z "Sunrays" opublikowana w 1908 r. przez Providence Lithograph Company;

Słyszałem raz na kazaniu o pewnym małżeństwie, w którym mąż został uprowadzony przez Niemców w czasie II wojny światowej. Żona rozpaczała i wprost nie mogła w to uwierzyć. Po latach mąż wrócił. Okazało się, że na kolejny dzień po uprowadzeniu planował... zostawić żonę; już był nawet spakowany. To dziwne na pozór wydarzenie sprawiło, że jego miłość do żony odżyła. Nie chodzi tutaj rzecz jasna o to, że Niemcy okazali się nagle aniołami z Księgi Rodzaju...To jest może nie do końca związane z dzisiejszym tematem, bo akcentuje poniekąd to, że Bóg nawet z wielkiego zła może wydobyć większe dobro (o tym na moim drugim blogu w stosownym wpisie), ale widzimy, że Pan posługuje się czasem pozornie niezrozumiałymi wydarzeniami, aby nas ustrzec przed czymś jeszcze gorszym...

Na koniec odsyłam Was do przepięknego kazania o. A. Pelanowskiego (to jest dopiero jeden z Mówców przez duże „M”), gdzie jest mowa o nieco podobnym zdarzeniu:

Odsyłam też do lektury słynnego targowania się Abrahama z Panem Bogiem, które także dotyka tajemnicy wielkiego Bożego Miłosierdzia (Rdz 18,22-33).

I jeszcze refleksja ukryta w pytaniach:

Czy modlę się czasami, żeby Pan Bóg poprzez swoich wysłanników lub jakieś zdarzenie, „chwycił mnie, wyciągnął i wyprowadził” poza obszar/sferę grożącą wielkim niebezpieczeństwem zwłaszcza dla duszy? Czy pozwolę „chwycić się” Bogu?

sobota, 28 października 2017

#3 Niespodzianka trochę spodziewana

Czyli niespodzianka pod wyjątkowym patronatem 2



Dzisiaj miało być jeszcze o św. Hieronimie i będzie. Kto jeszcze nie zapoznał się z poprzednią niespodzianką gorąco do tego zachęcam.

A o czym konkretnie dzisiaj pogadamy? Św. Hieronim tłumacząc Biblię, nie ustrzegł się bowiem kilku małych wpadek, których mu nie wypominamy, ale o których warto wspomnieć choćby z czysto ludzkiej ciekawości. Pamiętajmy jednak, że tłumaczenie Biblii to strasznie karkołomne zadanie i naprawdę trzeba oddać wielki szacunek komuś, kto się takiego zadania podejmuje i kończy je z sukcesem. Chapeau bas!

Oto kilka przykładowych gaf w tłumaczeniu, w które mniej lub bardziej zamieszany jest św. Hieronim :).

Wszyscy znamy wizerunek Matki Bożej, która depcze głowę węża. Jest to w pewnym sensie nawiązanie do cytatu z Biblii: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3,15). Znamy ten tekst – to tzw. Protoewangelia. Uważni Czytelnicy zauważają tu chyba jednak mały zgrzyt. Otóż w cytacie jest mowa, że to potomstwo Maryi („ono”) zmiażdży głowę węża, a nie Ona sama. Biblia Wujka, oparta na Wulgacie, tłumaczy właśnie: „Położę nieprzyjaźń między tobą, a między niewiastą; i między nasieniem twoim a nasieniem jej, ona zetrze głowę twoją, a ty czyhać będziesz na piętę jej”. Czy św. Hieronim popełnił błąd? Niekoniecznie. Pamiętajmy, że tekst oryginalny Biblii często jest niesłychanie pojemny znaczeniowo i tłumacz może wybierać między różnymi opcjami. Być może jednak nasz bohater i patron wybrał po prostu opcję dopuszczalną, ale współcześnie używa się raczej słowa „ono”, jako bardziej adekwatnego, bo to właściwie Jezus, największy Potomek Maryi, ostatecznie pokonał szatana. A co z objawieniami Matki Bożej choćby z 1830 r.? Przecież na Cudownym Medaliku to Matka Boża depcze głowę węża, a to jest oficjalna wersja Medalika zatwierdzona przez Niebo... Trzeba chyba przyjąć, że Pan Bóg nie jest tak małostkowy i logiczno-matematyczno-gramatycznie ograniczony jak my ludzie. Wybiera po prostu te symbole i przekaz, który jest człowiekowi najbliższy, a my czasami mamy pokusę, żeby wypaść od kogoś mądrzej, niekoniecznie będąc właściwie zrozumiani. To poniekąd wyraz Jego wielkiego Miłosierdzia.

Lubicie jabłka? To źle, bo to samo zło! Nie do końca ;) Faktem jest jednak, że słynny biblijny zakazany owoc kojarzymy najczęściej jako właśnie jabłko. Może wiecie albo nie, ale Biblia nic nie mówi o jabłku, ale tylko o owocu z drzewa poznania dobra i zła. Podobno nawet król Władysław Jagiełło często wyrażał swoją dezaprobatę dla tego owocu, tłumacząc to biblijnym zakazem. W rzeczywistości powód był jednak nieco mniej pobożny, bardziej przyziemny... Żołądek króla najprawdopodobniej nie tolerował tego owocu. Żeby jednak nie było, że wszystko zwalamy na św. Hieronima :) zaznaczmy, że jego łacińskie tłumaczenie zawiera słowo „malum”, które oznacza zło, jak i jabłko. Jednakże z biegiem lat wybrano jabłko, zwłaszcza soczyste i kuszące, jako doskonały symbol czegoś zakazanego, pokusy; artyści to podchwycili i tak nasze zmysły karmią się przez wieki obrazami, gdzie Ewa zrywa właśnie jabłko.

Pewien przewodnik zwrócił uwagę pielgrzymów na płaskorzeźbę przedstawiającą postać z rogami. Zapytani odpowiadali, że to chyba diabeł. A on na to: „Nie, to Mojżesz...”. Sprawa z rzekomymi rogami Mojżesza jest chyba dość znana. Obciąża ona dość mocno naszego bohatera, który przetłumaczył hebrajskie qaran (promienieć) na łacinę jako cornatus (rogaty). Małym usprawiedliwieniem może być znowu wieloznaczność języka hebrajskiego. Otóż to słowo można też ewentualnie oddać zwrotem „wypuszczać rogi”. Dlaczego jednak tak znakomity znawca hebrajskiego jakim był św. Hieronim użył akurat tego wariantu? To chyba pozostanie jego słodką tajemnicą, która jednak wywarła wielki wpływ na wiele znanych dzieł, na czele ze słynnym „Mojżeszem” Michała Anioła.


Moses by Michelangelo Buonarroti, Tomb (1505-1545) for Julius II, San Pietro in Vincoli (Rome);
źródło: By Jörg Bittner Unna - Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=46476422

Myślę, że tyle przykładów wystarczy. Potraktujmy je nie tylko jako ciekawostkę, ale zachętę do czytania i rozważania Biblii. Kiedy nam się nie chce sięgnąć po Pismo Święte pomyślmy, że byli kiedyś (i pewnie są nadal) tacy pasjonaci jak św. Hieronim, którzy oddawali tłumaczeniu czy medytowaniu nad Słowem Bożym właściwie całe swoje życie. I zawstydźmy się ;)

Zerknijcie na stronkę https://stacja7.pl/wiara/7-najwiekszych-pomylek-w-przekladach-biblii/, z której m.in. korzystałem przy tworzeniu tej niespodzianki; tam znajdziecie rozwinięcie tych kwestii i jeszcze inne (niekoniecznie Hieronimowe) przykłady biblijnych, tłumaczeniowych gaf.


Zadanie (a raczej propozycja): Zachęcam Was jeszcze do zajrzenia na stronę, do której poprowadzi Was poniższy link. Przeczytacie tam piękne opowiadanie o tym, jak to pewnego razu do św. Hieronima i jego braci zakonnych przyszedł lew...:



A już za miesiąc niespodzianka niespodzianek. Oj, będzie się działo :)

sobota, 21 października 2017

#1mitołamacz Duch czy litera?

„Pismo Święte nie mówi nam jak poruszają się gwiazdy, ale mówi nam o tym, jak my mamy się poruszać, aby iść do Boga”

św. Augustyn


Witam Was, moi Drodzy, w pierwszym właściwym wpisie z serii Mitołamacz. Dzisiaj już nie zatrzymujmy się na wprowadzeniach, ale bez ociągania się przejdźmy do rzeczy. Zaznaczam od razu, że czytasz dalszą część tekstu na własną odpowiedzialność ;), bo treści, które tam znajdziesz, mogą poważnie zmienić Twoje podejście do Biblii. Po kwestie stricte wprowadzające zapraszam do wpisu #0 (słowo wprowadzające do cyklu) Mitołamacz.

Gdy otworzymy Biblię już na pierwszych jej kartach, gdzie jest mowa o stworzeniu świata i człowieka i gdy wczytamy się w ten tekst, możemy się poczuć... trochę niesmacznie; tym bardziej wtedy, gdy dość pilnie uczestniczyliśmy na lekcjach przyrody, geografii czy fizyki. Dlaczego? Dlatego, że niektóre opisy tam występujące jakoś tak chyba nie do końca odpowiadają naszej współczesnej wiedzy naukowej w tym zakresie. Stąd rodzą się pytania: Czyli Pan Bóg stworzył w końcu te dinozaury czy nie? Istniały one czy nie? A czy to rzeczywiście Pan Bóg stworzył świat w 6 dni? A co z małpami człekokształtnymi...? Jak to było z tym stworzeniem człowieka? Kreacjonizm czy ewolucjonizm? I wiele, wiele innych. Nie wnikam w szczegóły, ale podobne rozbieżności znajdziemy również w innych księgach biblijnych. To co w takim razie, skoro to są Słowa Pana Boga, to Stwórca pomylił się w podstawowych zagadnieniach przyrodniczych...? Niezupełnie.

Podobnie rzecz się ma w przypadku kwestii historycznych. Ponownie nie będziemy wnikać w szczegóły, ale czasami znajdujemy w Piśmie Świętym miejsca, gdzie oczywiste fakty historyczne zdają się być nieco przekręcone czy wręcz wypaczone. Niektóre postacie również nie do końca odpowiadają prawdzie, jaką znamy z innych źródeł lub ich historie bywają dość mocno przejaskrawione. Co z opisami wprost nieprawdopodobnymi i herosami? Czy Jozue rzeczywiście w tak szybkim tempie podbił Kanaan? Czy ludzie rzeczywiście żyli dawniej blisko 1000 (!) lat? A taki Metuszelach (Matuzalem): czy rzeczywiście żył aż 969 lat (rekord w Biblii, stąd mowa o wieku matuzalemowym)? Niezupełnie.

A co z opisami krwawych walk i odwetów, jakich dopuszcza się wiele narodów opisanych w Biblii, a nawet sami Izraelici nierzadko chwytają za miecz i wycinają w pień mieszkańców jakichś miast. Czy dobry i miłosierny Bóg zachęca do mordowania i zabijania, czerpiąc przyjemność z rozlewu krwi? Czy obraz Boga ukazany w Starym Testamencie stoi w całkowitej sprzeczności z kochającym i przebaczającym Bogiem Nowego Testamentu objawionym w Jezusie? Niezupełnie.

Każde z tych trzech powyższych „niezupełnie” mogłoby się stać tematem przewodnim kolejnych odcinków Mitołamacza. Być może nieco podobne treści poruszymy jeszcze bardziej szczegółowo w przyszłości, ale póki co przyszedł czas na obalenie pierwszego, jednego z najpotężniejszych i najniebezpieczniejszych zarazem mitów, trwających żywo w wyobrażeniach na temat Bożego Słowa także wśród ludzi głęboko wierzących i szczerze kochających Biblię. Mit, który dzisiaj obalamy, jest w pewnym sensie podstawą wielu innych. Oddaje to wspaniale cytat ze św. Augustyna stanowiący motto i myśl przewodnią dzisiejszego tekstu.

W Biblii bowiem nie chodzi o to, żebyśmy dowiadywali się z matematyczną i naukową precyzją wszelkich szczegółów na temat funkcjonowania świata, przyrody, praw fizyki, biologii czy też faktów historycznych. W Biblii przede wszystkim chodzi o Boga i nasze zbawienie. W związku z tym nie możemy literalnie, literka po literce odczytywać dosłownie wszystkiego co zawiera Pismo Święte. Co ciekawe jednak, Kościół przyjmuje, że CAŁE Pismo, nie tyle tekst, ale Boże Słowo w nim zawarte jest przez Boga natchnione i NIEOMYLNE. Kluczowe: owa nieomylność nie dotyczy jednak faktów historycznych, geograficznych, biologicznych, fizycznych, finansowych, itp. Dotyczy ona natomiast kwestii zbawienia, prawd zbawczych. Tak trzeba rozumieć nieomylność Biblii. Przykładowo, jeśli na początku Księgi Rodzaju czytamy, że Pan Bóg stworzył świat w 6 dni, to nie po to, żeby dowiedzieć się czegoś z fizyki czy kosmologii, ale sens jest znacznie głębszy teologicznie i ma służyć naszemu zbawieniu. Dodajmy jeszcze, że bezpośrednio natchniony jest tekst oryginalny, a tłumaczenia o tyle są natchnione, o ile wiernie oddają oryginał.


Ktoś może zarzuci: „Co za herezje!”. Otóż od razu odpowiadam, że przytoczone powyżej stanowisko zostało OFICJALNIE aprobowane przez Kościół rzymskokatolicki na Soborze Watykańskim II w specjalnym, bardzo ważnym dokumencie, Dei Verbum, tzw. konstytucji dogmatycznej. Unikając gołosłowności odsyłam do 11 i 12 punktu tego dokumentu. Po kliknięciu tutaj, przeniesiecie się w odpowiednie miejsce. Nie zajmie Wam to zbyt wiele czasu, bo teksty, które zobaczycie nie są obszerne. Przeczytajcie TYLKO 11 i 12 punkt. Po lekturze wróćcie do tego wpisu.

I co, prawda, że treści dokumentu są naprawdę rewolucyjne, dla niektórych może nawet szokujące? Czytaliście m.in., że „do sporządzenia Ksiąg świętych wybrał Bóg ludzi, którymi jako używającymi własnych zdolności i sił posłużył się, aby przy Jego działaniu w nich i przez nich, jako prawdziwi autorowie przekazali na piśmie to wszystko i tylko to, co On chciał” (punkt 11). To jest niesłychanie ważne. Nie było zatem tak, że taki autor jakiejś księgi biblijnej siedział sobie przykładowo pod drzewem i niczym ubezwłasnowolniony robot mechanicznie pisał (jeszcze wtedy nie na komputerze ;) to, co Bóg mu przekazał, bez żadnego własnego wpływu, prócz poruszania dłonią trzymającą pióro czy tam cokolwiek innego do pisania. Przyznacie chyba sami, że byłoby to śmieszne i sprzeczne z Bogiem, który jest Miłością. 


W związku z tym, jeśli czytamy jakiś fragment Biblii, powinniśmy zawsze brać pod uwagę mentalność tego, kiedy i kto go napisał i do kogo, to, jakie uwarunkowania historyczno-kulturowe mogły się odbić w tekście (np. prawo Hammurabiego, realia świata grecko-rzymskiego) czy też jaki był ówczesny stan wiedzy naukowej. Ważne jest też uwzględnienie rodzaju literackiego tekstu (np. czy jest to jakiś hymn, przypowieść, czy może opowiadanie). Nie wolno nam zapominać o analizowaniu perykopy biblijnej zawsze w kontekście całości Bożego Objawienia oraz treści poprzedzającej i następującej po analizowanym fragmencie, czy też innych miejsc, tzw. paralelnych, co dotyczy szczególnie Ewangelii, gdyż np. przekaz jakiejś mowy Jezusa u jednego Ewangelisty może nieco się różnić w stosunku do analogicznego tekstu u innego Ewangelisty. Może to wynikać np. z faktu, że załóżmy św. Marek chciał położyć nacisk na inny wątek wypowiedzi Mistrza, bo pisał dzieło dla innych odbiorców niż św. Mateusz. Choć rzecz jasna, Duch Święty z pomocą obu autorów przekazał nieomylną prawdę o zbawieniu. Ważne jest też to, iż autorzy Biblii różnili się od nas radykalnie w sposobie myślenia. Podobnie języki, których używali do spisywania dzieł, czyli grecki i hebrajski, częściowo aramejski, są zdecydowanie bardziej pojemne znaczeniowo od naszych, co automatycznie rzutuje na stosunkowo różnorodne możliwości tłumaczenia danego tekstu. Dobrze jest zatem czasem sięgnąć po oryginalne słowa i jeśli sami nie znamy greki czy hebrajskiego, możemy oczywiście posłużyć się gotowymi opracowaniami, w ten sposób zgłębiając Boże Słowo.

Na zakończenie dzisiejszych rozważań zachęcam Was, Kochani, do lektury punktu 13 Dei Verbum (jest króciutki). Gdy już się z nim zapoznaliście przyznacie chyba, że zawiera się w nim chyba sedno zagadnienia, nad którym się dziś zatrzymaliśmy. Genialne, prawda? Nie wiem jak Was, ale mnie osobiście do głębi fascynuje ta współpraca Boga z człowiekiem w tworzeniu Biblii. Pismo Święte to nie jakiś dyktat, ale pełna Miłości Boża inicjatywa, który niejako „współpisał” to Dzieło z nami, ludźmi. My chrześcijanie, nie jesteśmy jakąś sektą o sztywnym i literalnym podejściu do Księgi życia, ale ciągle na nowo odkrywamy i uczymy się przy pomocy Ducha Świętego zgłębiać jej prawdy, co staramy się wspólnie czynić choćby na Biblijnym Rabanie.


Zakończmy dzisiaj cytatem ze św. Pawła: „On (Chrystus) też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia” (2 Kor 3,6).

Zachęcam Was gorąco do sięgnięcia po propozycje zamieszczone w poniższej bibliografii, które pomogą Wam zgłębić to, o czym dzisiaj rozmawialiśmy.


Bibliografia wpisu:

  1. DEI VERBUM KONSTYTUCJA DOGMATYCZNA O OBJAWIENIU BOŻYM, http://www.nonpossumus.pl/encykliki/sobor_II/dei_verbum/
  2. Ks. Wojciech Węgrzyniak, Konstytucja Dogmatyczna o Objawieniu Bożym, http://www.academia.edu/5930912/Konstytucja_dogmatyczna_o_Objawieniu_Bożym
  3. Przyjaciele Miłości Miłosiernej, cykl audycji Rozumieć Biblię, cz. 1, http://www.przyjacielemm.pl/index.php/on-line
  4. Telewizyjny Uniwersytet Biblijny, wykład: Jak czytać Pismo Święte?, http://tv-trwam.pl/film/telewizyjny-uniwersytet-biblijny-jak-czytac-pismo-swiete

sobota, 14 października 2017

#9 Boży paradoks J 2

„Ma granice Nieskończony...”



Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze trochę czasu zostało, ale pozwólcie, że dzisiejsze nasze rozważania na temat kolejnego Bożego paradoksu określimy tytułem zaczerpniętym z popularnej polskiej kolędy „Bóg się rodzi”. Co ciekawe, jak zapewne pamiętamy z lekcji języka polskiego określenie „ma granice Nieskończony” jest przykładem tzw. oksymoronu, czyli zestawienia wyrazów o wykluczającym się znaczeniu. Jak to bowiem zrozumieć – czy to możliwe, żeby Bóg Nieskończony był w jakikolwiek sposób ograniczony? Tak, moi Drodzy, to nie co innego jak tylko kolejny Boży paradoks, który na potrzeby dzisiejszego wpisu moglibyśmy nazwać wyjątkowo Bożym oksymoronem.

Zauważmy dobrze, że Bóg, Nieskończony i Przedwieczny, Alfa i Omega dla nas ludzi wyznaczył sobie granice, z własnej nieprzymuszonej woli, z własnej nieskończonej Miłości i Miłosierdzia. Osobą, która dostąpiła łaski szczególnego uczestnictwa w tym zbawiennym samoograniczaniu się Stwórcy była Maryja. To w Jej przeczystym łonie Bóg stał się Człowiekiem (por. Łk 1,26-38), by nas odkupić (warto w tym kontekście zajrzeć do wpisu nr 1 z tej serii – #1 Niewinny na krzyż, winni do Nieba). To ona urodziła Boga-Człowieka, Który dorastał jak każde ludzkie dziecko. W czasie Swojego ziemskiego życia jadł, odczuwał pragnienie, spał, radował się, wzruszał się (np. przy grobie Łazarza), smucił się itd. Przedziwnym świadectwem Bożych granic była śmiertelna trwoga, jaką przeżywał Jezus w Ogrodzie Oliwnym (por. Łk 22,39-46). Nawet po Swoim Zmartwychwstaniu Jezus pokazał uczniom ręce i bok, dowodząc, że nie jest duchem, bo ma ciało i kości. Ewangelista Łukasz zanotował także ciekawy detal opisując przybycie Jezusa do Apostołów zalęknionych i zamkniętych w Wieczerniku. Pan chcąc jednoznacznie udowodnić uczniom, że nie jest żadną zjawą, ale ich ukochanym Mistrzem, zapytał czy „macie tu coś do jedzenia?” (Łk 24,41). Gdy oni podali Mu kawałek ryby, „wziął i spożył przy nich” (Łk 24,43). Bóg Nieskończony zjadł nieco ryby...


Tak sobie myślę, że jednym z podstawowych celów (o ile nie podstawowym) przyświecających Bogu w powzięciu decyzji o nadaniu Sobie granic było głębokie zrozumienie natury człowieka. Bóg nie chciał przyjść do człowieka jako straszny i nieogarniony Pan świata; wołał przybrać postać dziecka i przejść wszystkie etapy naszego życia. Stał się prawdziwym Emmanuelem – Bogiem z nami, który we wszystkim oprócz grzechu był do nas podobny. Już w Starym Testamencie Bóg ukazał się prorokowi Eliaszowi nie w gwałtownej wichurze, nie w trzęsieniu ziemi, ale w łagodnym powiewie (por. 1 Krl 9,11-14; warto w tej kwestii przeczytać też: #5 Pan Bóg na górze). W Nowym Testamencie Bóg poszedł jeszcze dalej, co wypełniło się w Osobie Jezusa Chrystusa – właśnie Boga-Człowieka. Bóg przybrał najpierw postać bezbronnego dziecka, które zdaje się wołać: „Błagam, przyjmij Mnie, nie bój się Mnie, odpowiedz sercem na Miłość Mojego Serca! Nie przyszedłem Cię potępić, ale zbawić (por. J 12,47), bo Cie kocham bez granic!”.

Wszystko co zostało do tej pory powiedziane prowadzi nas wreszcie do meritum dzisiejszych rozważań. Dotychczasowe wpisy nie traktowały zbyt wiele o Matce Bożej, a teraz przyszedł czas żeby poświęcić Jej trochę miejsca, tym bardziej że przeżywamy Rok Fatimski (choć formalnie zakończony wczoraj, 13 października). Wspomnieliśmy już powyżej o roli Maryi w Zwiastowaniu, już u początków zbawiennego samoograniczania się Boga. Jednakże to niezwykłe zadanie Maryi nie zamykało się tylko w tych bardziej fizycznych, cielesnych kategoriach Boga. Mam wszak na myśli Jej niezwykłą potęgę wstawienniczą u Swojego Syna. Jej szczególnym, sztandarowym wyrazem jest słynna scena z Kany Galilejskiej.


Znamy tę perykopę wyśmienicie, słyszymy ją często zwłaszcza na Mszach Świętych sprawowanych w Maryjne uroczystości oraz na ślubach. Słowa Matki Najświętszej są nam doskonale znane: „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” (J 2,5). Poprzedzające tę wypowiedź słowa Pana Jezusa zdawały się nie pozostawiać żadnych złudzeń: „Czyż to moja lub twoja sprawa, Niewiasto” (J 2,4), że nie mają już wina? Słyszałem w swoim życiu bardzo wiele interpretacji tej sceny, ale jedna z nich, ukazana przez pewnego księdza, szczególnie mnie dotknęła, a zaraz napiszę dlaczego. Ów kapłan poczynił takie bardzo interesujące przypuszczenie, że być może po tych słowach Maryi pełnych nadziei i ufności w moc Syna, Który zaradzi ludzkiej biedzie, Jezus ukradkiem wzniósł oczy ku Niebu i westchnął do Swojego Ojca: „Tato, Matka Boża prosi; chyba musimy zmienić nasze plany i zacząć działań już teraz”. Czyż to nie piękna interpretacja? Być może to nadinterpretacja, ktoś zarzuci, ale jest w tej scenie coś niezwykle rodzinnego, coś tak ludzkiego, co człowieka może rozczulić i dlatego właśnie spodobały mi się te słowa księdza. Ktoś inny może powie znów, że Matka Boża nie jest Bogiem i nie jest w stanie zmieniać odwiecznych Bożych wyroków. Tak, to prawda, ale kto udowodni, że taka „zmiana planów” (żeby jednak sprawić cud już w Kanie Galilejskiej) nie była wkalkulowana w Boże plany, a urzeczywistniła się na skutek interwencji Maryi, co właśnie było już przewidziane u zarania dziejów? Poza tym pamiętajmy, że dla Boga nie ma wczoraj i jutro, ale jest teraz, odwieczne teraz (por. Wj 3,14; Imię Boże: "Jestem, Który Jestem").

Jeśli ktoś nadal obstaje przy swoim i nie przypadła mu do gusta ciekawa interpretacja księdza, zachęcam do przyjrzenia się tajemniczemu fragmentowi z Dzienniczka św. s. Faustyny Kowalskiej. Oto pewnego razu s. Faustyna widziała jak odbywał się sąd nad pewną duszą. Zapadł wyrok śmierci wiecznej. Jednakże na skutek interwencji Matki Bożej ta najstraszliwsza kara z możliwych została zamieniona na ciężki czyściec, a więc jednak choć zapewne bardzo długa, ale jednak była to droga do Nieba. Jak sama św. Faustyna powiedziała bł. ks. Michałowi Sopoćko: „Zdaje się, miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Boskiej zwyciężyło”. Prawdopodobnie w tym przypadku chodziło o duszę marszałka Józefa Piłsudskiego...

W jakiejś książce poświęconej nabożeństwu do Matki Najświętszej znalazłem któregoś dnia informację, że zawierzenie się Jej jest niemal gwarantem zbawienia. Czy jest to nadużycie? Jeśli ktoś świadomie postępowałby źle i liczył na wstawiennictwo Maryi, to byłaby to straszliwa zuchwałość, ale nasza zdrowa, polska, Maryjna pobożność pobudza serce do wielkiej radości i coraz gorliwszego zabiegania o zbawienie dla siebie i innych. Czyż to nie jest pewność zbawienia? Boże plany nie kłócą się z pewnością zbawienia przy Maryi. To jakaś tajemnica Boga, Który zdaje się mieć granice, choć paradoksalnie ich nie ma – w pewnym sensie to wyraz pełni Bożego Miłosierdzia, które zwyciężyło sprawiedliwość.

Na koniec jeszcze mała refleksja z moich czasów studenckich. Na jakimś kursie o profilu informatycznym zajmowaliśmy się pewnym programem, aplikacją czy czymś w tym rodzaju (wybaczcie, informatycznie uzdolnieni Czytelnicy, że nie posłużę się specjalistycznym terminem w tej dziedzinie, ale moje zainteresowania i pasje życiowe są raczej humanistycznie profilowane :), gdzie każdy z nas, na swoim koncie, sam nadawał uprawnienia wszystkim, którzy mieli pełnić jakieś role, będąc np. drugim administratorem, czytelnikiem, itp. Chodzi o to co i jak mogli robić i widzieć ludzie na tym koncie czy aplikacji, itd. Co ciekawe, każdy z nas, jako główny administrator na tym koncie, mógł także i sobie wydawać uprawnienia. Mogliśmy przykładowo ograniczyć własne uprawnienia, a potem je przywrócić... Tak sobie wtedy pomyślałem, że może to poniekąd służyć wyjaśnieniu samoograniczenia się Boga, który kierując się Miłością ku nam, poniekąd ograniczył, ogołocił samego Siebie, co na krzyżu było widoczne aż zanadto... Ciągle był/jest nieskończony i nieogarniony, wszystkie „uprawnienia” były/są po jego stronie, ale On dobrowolnie zrezygnował z ich części dla nas. Jak tu nie kochać takiego Boga? Chyba najbardziej paradoksalnym wyrazem dzisiejszego tematu jest Hostia Święta – cały Bóg w małym opłatku...


Czy wierzę, że Pan Jezus daje mi się cały podczas każdej Mszy Świętej? Czy mam nabożeństwo do Matki Bożej? Czy nie grzeszę ciężko, licząc zuchwale na Boże Miłosierdzie (grzech przeciwko Duchowi Świętemu)? Jak św. s. Faustyna opisałaby moje spotkanie z Panem na sądzie, gdyby miało ono miejsce w tym momencie – czy byłoby ono trudną walką o los duszy, czy pełnym miłości i niewypowiedzianej radości przejściem w objęcia Pana Jezusa i Matki Najświętszej?

sobota, 7 października 2017

#9 Pochylmy się nad... 2 Krn 30

Miłosierdzie czy ofiara?



Po przerwie pochylmy się znów nad Drugą Księgą Kronik (poprzedni wpis jej dotyczący można znaleźć klikając w: #2 Pochylmy się nad... 2 Krn 20).

W trakcie tylko pobieżnej lektury Ksiąg Kronik lub tym bardziej bez zaglądania do nich mogłoby się wydawać, że nie mają one w swej treści nic szczególnego; autor opisuje jakichś tam królów, dużo jest imion, miejsc; poza tym księgi powtarzają wiele treści obecnych na kartach Ksiąg Królewskich. Jednakże jednym z głównych celów serii „Pochylmy się nad...” jest właśnie wykazanie poważnego błędu w takim krzywdzącym sposobie rozumowania. Ów cel realizuje się m.in. poprzez cotygodniowe pochylanie się nad jakimś mocno „zakurzonym” fragmentem przede wszystkim Starego Testamentu. Okazuje się, że również w 30 rozdziale 2 Krn znajduje się taka perełka, z pozoru mało znaczący epizod, który mnie do głębi poruszył podczas mojego pierwszego zetknięcia się z tym tekstem.

Akcja dzieje się w drugiej połowie VIII w. przed Chrystusem. Królestwem Judy włada Ezechiasz, trzynasty następca bardziej znanego króla Salomona. Biblia opisuje go jako jednego z najlepszych władców judzkich m.in. ze względu na sukcesy gospodarcze, kulturalne i religijne, objawiające się głównie intensywnym zwalczaniem kultów pogańskich w państwie. Wymownym świadectwem działań władcy na tym polu jest właśnie wydarzenie opisane w 2 Krn 30. Otóż po bardzo wielu latach dopiero król Ezechiasz poczynił wszelkie starania, aby w Judzie odbyto uroczyście święto Paschy, znacznie zaniedbane na przestrzeni dziesięcioleci, a nawet ponad dwustu lat. Pamiętajmy, że w okresie rządów Ezechiasza nie istniało już Królestwo Izraelskie podbite przez Asyrię ok. 722 r. p.n.e., gdy wspomniany władca zaczynał dopiero swoje panowanie w Królestwie Judzkim. Wielu Izraelitów zostało uprowadzonych, ale na podbitych terenach pozostała część ludności wiejskiej i ubogiej, która potem stopniowo wtapiała się w przesiedlone tam w miejsce deportowanych Żydów pogańskie ludy z imperium asyryjskiego (jedna z hipotez mówi, że to właśnie potomkami tych mieszanych małżeństw byli znienawidzeni przez Żydów Samarytanie).


Portret Ezechiasza w Promptuarii Iconum Insigniorum;
źródło: By This image was produced by (...), David Castor (user:dcastor). (...) - Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=7773390

W takich oto warunkach społeczno-politycznych król Ezechiasz wysyła gońców, aby poszli na dawne ziemie upadłego Królestwa Izraelskiego i spraszali garstkę pozostałych tam Żydów na uroczystą Paschę. Trzeba przyznać, że odzew był marny. Przeważnie wysłannicy spotykali się z szyderstwami ze strony zagubionych i zaniedbanych moralnie rodaków. Mimo to kronikarz pisze, że „jedynie niektórzy mężowie z pokolenia Asera, Manassesa i Zabulona upokorzyli się i przyszli do Jerozolimy” (2 Krn 30,11). Za to Żydzi z Południa, z Judy, niemal jednomyślnie dostosowali się do poleceń króla i w konsekwencji zgromadził się w stolicy wielki tłum.

Dalej znajdujemy opis bezpośrednich przygotowań do święta (m.in. rytualne oczyszczanie się kapłanów i lewitów) i centralnych uroczystości. W tym momencie następuje opis szczególnie przejmujący i jakże wymowny: „Wielka (…) część narodu, zwłaszcza wielu z pokolenia Efraima, Manassesa, Issachara i Zabulona nie oczyściła się, jedli bowiem baranka paschalnego niezgodnie z przepisami. Modlił się wówczas za nich Ezechiasz tymi słowami: «Panie, w dobroci swej racz przebaczyć tym wszystkim, którzy szczerym sercem szukali Pana, Boga swych ojców, choć nie odznaczali się czystością wymaganą do [spożywania] rzeczy świętych». Wówczas Pan wysłuchał Ezechiasza i przebaczył ludowi” (2 Krn 30,18-20).

Tak wiele się mówi i pisze, że Bóg Starego Testamentu jest mściwy, nielitościwy, nieskory do okazywania miłosierdzia, niemal bombardujący swój lud niezliczonymi wręcz nakazami i zakazami, od których niewielkie nawet odstępstwa są przez Niego karane nad wyraz surowo. Powyższy fragment mówi jednak coś zupełnie innego. Formalnie lud spożywający baranka niezgodnie z Prawem powinien być ukarany. Bóg patrzy jednak w pierwszej kolejności nie na literę prawa, ale serce człowieka. Oczyma wyobraźni można dostrzec biednych Izraelitów z Północy, którzy w odróżnieniu od wielu braci, szukali Boga, pragnęli Go spotkać, dlatego przyszli na Paschę; spożywali baranka świątecznego, choć nie byli do tego rytualnie przygotowani. Nota bene nie chodzi o to, że specjalnie byli nieprzygotowani, ale pomimo swojej biedy duchowej i zaniedbania moralnego (wynikającego nie do końca z ich winy) pragnęli zbliżyć się z pokorą do Pana. Ten biedny lud był niczym owce bez pasterza (por. także Mk 6,34-44), dlatego Bóg ulitował się nad Nimi. W oryginale „przebaczył” znaczy dosłownie tyle co „uleczył” (inni tłumaczą też „zachował w zdrowiu”, „ocalił”). Zatem Bóg nie tylko nie karze ludu, ale raduje się z otwartości ich serc, które obdarza uzdrowieniem.


Czy moje życie religijne opiera się tylko na przestrzeganiu prawa czy za najważniejszą uznaję szczerość i otwartość serca? Jak postrzegam Boga – jako drobiazgowego księgowego czy jako Pana, który chce „raczej miłosierdzia niż ofiary” (por. Mt 12,1-7)? Czy zbyt pochopnie nie potępiam tych, którzy nie postępują tak „nienagannie” jak ja? Na ile jestem szczery przed Bogiem, przed bliźnimi i przed samym sobą? Czy moja wiara rodzi we mnie radość z bliskości Boga, czy jest raczej schematem złożonym jedynie z nakazów i zakazów, zza których nie widać już Pana?