piątek, 16 marca 2018

Wielki Post 2018 #5 Z głębi tryska świętość – modlitwa u dołu drabiny; w naszych pustych dłoniach: misyjna odpowiedź chrześcijanina (rozdziały 4 i 5)

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Właśnie rozpoczynamy nasze piąte już (zostają jeszcze dwa) spotkanie z serii „Niedoskonałe minikonferencje”, a zatem to niezbity dowód na to, że Wielkanoc coraz bliżej. Dzisiaj przyjrzymy się najważniejszym rysom 4 i 5 rozdziału naszej wielkopostnej lektury. Gdyby ktoś był z nami po raz pierwszy to przypomnijmy o jaką książkę chodzi: „Droga niedoskonałości. Świętość ubogich” André Daigneault.


Przepraszam, że dziś tak trochę nietypowo, bo publikuję już w piątek :) Wpis jest dość długi to możecie sobie go podzielić na dwa dni :)


„Modlitwa ma wychodzić z serca pokornego i złamanego, uznającego swoją nędzę”


Jean Lafrance

Pierwsze stronice czwartego rozdziału swojej książki Daigneault poświęca na przyjrzenie się modlitwie, jaka ona powinna być. Skoro w Wielkim Poście tak wiele mówi się (i daj Boże czyni) o modlitwie, poście i jałmużnie, toteż warto zaczerpnąć nieco z przesłania Daigneault, które jak widzimy jest bardzo ewangeliczne.


Autor dzieli się refleksją na podstawie doświadczeń wyniesionych z domu rodzinnego. Jego ojciec od czasu do czasu nadużywał alkoholu. W gruncie rzeczy nie był złym człowiekiem, w swej prostocie czynił wiele dobra, modlił się, szczególnie cenił św. Józefa. Zdarzało się, że zmagając się z kolejnym upadkiem, kolejnym nadużyciem alkoholu, mamrotał: „Panie Jezu, miłosierdzia! Panie Jezu, miłosierdzia!”. Przyszły kapłan i matka wtedy nie brali tego na poważnie, ale Daigneault przyznaje, że po latach inaczej patrzy na tamte słowa bardzo prostej modlitwy, wołania, krzyku bólu, jakie wydobywały się z ust mężczyzny. Była to modlitwa biedaka, modlitwa słabego, krzyk ubogiego, który woła o ratunek i litość.





Zaciekawiło mnie zestawienie modlitwy mnicha i ojca autora, nad którym to zestawieniem on sam się zastanawia. Na pierwszy rzut oka nietrudno chyba przyznać, że modlitwa zakonnika wydaje się tą doskonalszą, po ludzku – lepszą. Tymczasem nierzadko to właśnie krzyk ubogiego z dna swojej nędzy jest samą modlitwą, pełną pokory i przekonania, że to już nie moje, choćby najpiękniejsze, słowa czy jakiekolwiek zasługi, lecz Boże miłosierdzie może mnie zbawić.


Bardzo podoba mi się zdanie, zacytowane przez Daigneault, podane niegdyś przez św. Jana Kasjana na podstawie nauczania św. Antoniego Wielkiego (zwanego też Abbą Antonim): „Doskonała modlitwa ma miejsce wtedy, gdy mnich zapomina o sobie i o tym, że się modli” (s. 76/77 „Drogi niedoskonałości”). Ile razy zdarzyło mi się w życiu tak wtopić w Boga, żeby wszystko, nie tylko modlitwa sensu stricto, stało się modlitwą płynącą wprost z serca do Serca Bożego... Paradoksalnie czasami łatwiej przychodzi to ludziom prostym i ubogim niż tym bardziej zaawansowanym i „doskonalszym” w wierze, którzy od czasu do czasu tworzą z modlitwy koncert życzeń i hymn pochwalny na własną cześć.


W związku z powyższym modlitwa nie jest towarem luksusowym dla elity, lecz czymś w sam raz także, a może przede wszystkim, dla maluczkich.


Modlić trzeba się nie tylko wtedy, gdy jest nam świetnie, ale wołać koniecznie trzeba z głębi utrapienia, co pięknie wyraził psalmista: „Wybaw mnie, Boże, bo woda mi sięga po szyję” (Ps 69[68],2). Nie chodzi tu wcale o piękne słowa. André Daigneault trafnie zauważył, że w Ewangelii jest mało pięknie ułożonych modlitw. Zazwyczaj są to przykłady wołania z samego dołu drabiny, gdy ktoś nie jest w stanie o własnych siłach wykonać nawet jednego kroku. Woła do Boga, gdyż tylko On może pomóc i uratować człowieka. Św. Teresa z Ávila powiedziała kiedyś: „na modlitwie nie chodzi o to, żeby dużo mówić, lecz żeby dużo kochać”. Boga możemy dosięgnąć zatem nie rozumem, nie napuszonymi słowami, ale tylko sercem. I jeszcze jedno zdanie z „Drogi niedoskonałości”: „Pomimo wszystkich naszych słabości, zranień, problemów i biedy, trzeba, byśmy pragnęli świętości, bowiem świętość jest darem ofiarowanym biedakom” (s. 79) – jak pięknie i pokrzepiająco powiedziane... Św. Franciszek Salezy zachęcał, żeby często modlić się przyzywając Imienia Jezus, które połączone z miłosierdziem, jest niemalże pewną drogą do tego, żeby śmierć człowieka była szczęśliwa.


Każdy z nas nieustannie musi uczyć się tzw. modlitwy serca, która jest czymś w rodzaju wylania, otwarcia swojego wnętrza, nieustannego przebywania z Bogiem. Jest to modlitwa świętych, nieobca jednak biedakom i grzesznikom, którzy wysyłają ku Niebu akty strzeliste z głębi swojego utrapienia i słabości.


Zapraszam też na prawie 3-minutowy filmik o modlitwie serca:





Często święci kojarzą nam się z jakimiś bohaterami, supermenami, którzy posiadają cechy zupełnie obce zwykłym śmiertelnikom. Błąd!!! To zafałszowany obraz! Jeśli tylko łakniesz, pragniesz świętości i nie czujesz się samowystarczalny, wkraczasz na drogę świętości. 

André Daigneault uważa, że świętość ubogich jest „wielką duchowością” trzeciego tysiąclecia.



„Modlitwa ma wychodzić z serca pokornego i złamanego, uznającego swoją nędzę”

Jean Lafrance

Spróbujmy teraz wyłuskać najważniejsze wątki z 5 rozdziału naszej lektury.

Misyjny rys Kościoła czasami kojarzy nam się z sytuacją, gdy ktoś daje, a drugi bierze. Jeden jest kimś w rodzaju wybawcy, a drugi niewolnikiem czy absolutnym dłużnikiem dawcy. Okazuje się, że to tak nie działa! Miłość w prawdzie oznacza ciągłe schodzenie do biednych, ale w takiej sytuacji obdarowujący też zyskuje, a odbiorca obdarza dobroczyńcę.

Niejednokrotnie jest tak, że my komuś dajemy z tego, co nam zbywa, a ten ktoś daje całego siebie, daje wszystko, co ma, choćby to był „tylko” uśmiech i wdzięczność. Podczas gdy my czasami pod przykrywką sztucznej dobroczynności ukrywamy nasze prawdziwe, nieraz paradoksalnie egoistyczne motywacje, biedni są nierzadko pozbawieni obłudy i hipokryzji. Ponadto jeśli nasza dobroczynność staje się zwykłą filantropią, nie ma w niej pobudek duchowych, grozi nam szybkie wypalenie.

W Ewangeliach spotykamy wielokrotnie słowa opisujące stan wielkiego wzruszenia Boga, np. „Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać” (Mk 6,34); „A gdy był jeszcze daleko (syn marnotrawny), ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go” (Łk 15,20); „Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko” (Łk 10,33)”, itd. Taki jest Bóg. Wychodzi naprzeciw najbardziej przegranym (miłosierny Ojciec), uzdalnia do prawdziwej miłości odrzuconych (Samarytanin), podczas gdy ci „doskonali” (kapłan i lewita) powodowani są tylko obowiązkiem. Ciągłe schodzenie... Człowiek pragnie się wznosić, Bóg zawsze schodzi, schyla się ku człowiekowi, jest Sługą i Niewolnikiem miłości.

Ciągle zatem trzeba nam uczyć się prawdziwej miłości, której głównym wyznacznikiem jest pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Im większe po ludzku dzieła czynimy, tym więcej i więcej potrzeba nam pokory. Nie możemy też ulec fałszywemu obrazowi siebie, który karze nam widzieć w sobie wybawicieli innych, bo my więcej mamy, jesteśmy mądrzejsi, słowem – bogatsi duchowo czy materialnie od innych. Zobaczmy, jak zachował się Jezus podczas spotkania z Samarytanką. Nie przemówił do niej jak ktoś wielki, ale najpierw poprosił: „Daj Mi pić!” (J 4,7; kiedyś już o tej scenie sobie mówiliśmy). Innymi słowy: Jezus zniżył się, dotknął duchowego ubóstwa tej kobiety, poprosił, by obdarowała Go tym, co miała najcenniejszego w tym momencie, aby sam mógł obdarować ją nieskończenie hojniej.

Bł. papież Paweł VI nazwał ubogich sakramentami Kościoła. Często ponadto zdarza się, że to oni nas ewangelizują, gdyż wiele w nich najczystszego dobra, wdzięczności, piękna, itp. W związku z tym każde apostolstwo (także Kościół jako całość) musi być przeniknięte duchem pokory, musi być otwarte na tych, którym pomagamy.

W Kościele istnieje posługa nazywana kierownictwem duchowym, którą zajmują się kapłani, ale nierzadko podejmują się jej z wielkimi owocami także osoby świeckie (wybitny przykład – Jan Tyranowski, który prowadził duchowo młodego Karola Wojtyłę). Taka osoba winna sama być dojrzałą duchowo, sama musi przyjąć własne lęki i słabości, żeby prowadzić innych.

„Chodzi o to, byśmy poprzez całą tę naszą biedę powiedzieli Bogu „tak”, wbrew wszystkiemu” (s. 115) – do tego zachęca nas André Daigneault. Będąc żoną alkoholika, narkomanem, zmagając się z najgorszymi grzechami i słabościami – powiedzieć Bogu „tak”... Noc duchowa jest wielką okazją do oczyszczenia siebie z pychy, egoizmu, czci i honoru świeckiego; oczyszczenia motywacji z wszelkich nieprawidłowych motywacji.

Posłuchajmy ważnej wskazówki, jaką daje nam autor „Drogi niedoskonałości”: „Jezus nie leczy nas bowiem, zamykając nasze rany, ale je otwierając, aby miłość – poprzez słabość – mogła odtąd przez nie płynąć” (s. 120).

Niejaki ojciec Molinié posunął się podobno do stwierdzenia, że nawet w stanie grzechu śmiertelnego człowiek może przechodzić pierwsze (bierne) oczyszczenie. Popatrzmy: nawet stan duchowego dramatu, jakim jest brak łaski, może przyczynić się do odrodzenia. Nie jest to bynajmniej zachęta do grzeszenia, tym bardziej ciężko, ale ogromny zastrzyk nadziei, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być dobrze.

Jeśli wydaje nam się, że jesteśmy u kresu sił, to znakomicie... Przypomnijmy sobie Apostołów przed Pięćdziesiątnicą, Łazarza w grobie, itp. Z ich całkowitego ogołocenia: czy to fizycznego, czy duchowego, Bóg był w stanie wyprowadzić ogrom łaski.

Bardzo dotknęło mnie takie oto zdanie z naszej lektury: „Tajemnie marzymy o apostolacie, który mógłby nam zapewnić dobra wieczne, jednocześnie zapewniając sobie ziemskie zaszczyty i sukces, nawet religijny i kościelny” (s. 124). Ileż trzeba mieć w sobie pokory, jakąż drogę oczyszczenia motywacji z ukrytej pychy trzeba przejść, żeby dążyć ku Niebu z miłości do Pana Boga i drugiego człowieka, a nie pod płaszczykiem przeświadczenia: „ależ mi tam będzie w Niebie dobrze”. Nawet w perspektywie Nieba może dochodzić do głosu nasze „ego”...

Chciałbym dzisiaj zostawić siebie i Was z cytatem zdania kończącego 5 rozdział „Drogi niedoskonałości”: „Bóg zawsze wybiera to, „co niemocne, aby mocnych poniżyć”, i mówi nam, że niektóre prostytutki wejdą do królestwa niebieskiego przed ludźmi samowystarczalnymi, pokładającymi ufność w swojej własnej mądrości, a nie w krzyżu Jezusa Chrystusa” (s.128).


Przepraszam, że dzisiejsza minikonferencja jest dość obszerna, ale potraktujcie to jako wielkopostne umartwienie i ćwiczenie w cierpliwości :) Z Panem Bogiem i do poczytania już za tydzień.



PS Moje najnowsze teksty na Blasting News:

Czekasz na wiosnę i Wielkanoc? Pierwsza wiosna dawno przyszła, ale idą kolejne!, https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/03/czekasz-na-wiosne-i-wielkanoc-pierwsza-wiosna-dawno-przyszla-ale-ida-kolejne-002402917.html;



To z kolei szansa do wielkopostnej jałmużny bez wydawania nawet grosza – wystarczy, że przeczytasz i udostępnisz. Tyle. Dzięki :)

sobota, 10 marca 2018

Wielki Post 2018 #4 Zstąpić w serce swojej biedy – droga Ducha (rozdział 3)

„Jest to zejście, a nie wejście pod górę. On się nie wyniósł, lecz uniżył”

św. Atanazy


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Przed nami niezwykła Niedziela Wielkiego Postu; tak w ogóle wszystkie są wyjątkowe, ale ta jutrzejsza jest szczególna, co sygnalizuje również różowy kolor szat kapłańskich. To niedziela zwana Laetare (łac. radować się). Przy okazji napomknę, że po Wielkanocy, w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego ukaże się kolejny wpis na Radośniku.


Póki co przejdźmy do lektury 3 rozdziału naszej książki na Wielki Post: „Droga niedoskonałości. Świętość ubogich” André Daigneault.

Lubicie wąskie drogi? Przyznam, że czasami kojarzą mi się one z pewnymi niedogodnościami. Zauważmy jednak, że choć autostradą można jechać szybciej, to czasami okazuje się to bardzo niebezpieczne (brawura i te sprawy); łatwość podróżowania potrafi być bardzo złudna. Podobne bywa ze świętością. Do takiego porównania zachęca nas o. Bernard Bro, dominikanin, którego cytuje Daigneault. Otóż idąc tym tokiem rozumowania taką wąską drogą może okazać się ludzka słabość, lecz to ona paradoksalnie (słowo klucz naszej lektury) okazuje się bardzo często zbawienną drogą, podczas gdy czysto ludzkie „autostrady”, przejawy tylko ludzkiej siły, nieraz prowadzą na manowce. Warto zatem traktować swoją słabość jako największą siłę („Moc bowiem w słabości się doskonali” 2 Kor 12,8). To właśnie owa wąska droga jest drogą Ducha, która widnieje w tytule trzeciego rozdziału. To droga prowadząca do prawdziwej ewangelicznej radości (jak to ładnie współgra z jutrzejszą niedzielą :).




Pamiętacie Ewangelię czytaną w Pierwszą Niedzielę Wielkiego Postu? Była o kuszeniu Pana Jezusa. Jak się tak wgryziemy w ten tekst, to zauważymy, że propozycje diabła, które on składał Panu, były jakby zaproszeniem do poruszania się po „autostradzie”. Jeśli zrobisz to, to i to, łatwo zdobędziesz tłumy wielbicieli, bez większego wysiłku. Można powiedzieć, że wjedziesz na autostradę wypasioną bryką i generalnie będzie super, hiper, ekstra – zdawał się mówić szatan. Pan Jezus wybrał jednak uniżenie w miłości. Nie wybrał nawet „Fiata 126p”, ale poszedł uliczkami najwęższymi z węższych, żeby docierać do tych najbardziej pogubionych i poranionych.


Jak widać Pan Jezus mógł ulec pokusom: zrobienia czegoś pożytecznego, sensacyjnego i przynoszącego ziemską władzę na sposób, który proponował mu zły. On jednak zamiast wejścia na drabinę władzy, wybrał „zejście w ubóstwo dziecięcego serca” (s. 60 „Drogi niedoskonałości”).


Już w poprzednim rozdziale André Daigneault napomknął, że nierzadko to właśnie wielcy działacze i ewangelizatorzy, liderzy wspólnot, są szczególnie narażeni na jedną z najbardziej perfidnych i ohydnych pokus – wielką pokusę. Uleganie jej przejawia się w wynoszeniu się ponad innych, próżnej chwale, wykorzystywaniu siły i ludzkiej mocy, a nawet bogactwa w osiąganiu celów. Czy zatem wielkie inicjatywy są złe? Otóż jest wręcz przeciwnie! Takie działania są czymś wspaniałym, a wszystkim działaczom trzeba oddać należne honory, lecz chodzi o to, że takie osoby muszą toczyć nieraz wielką walkę duchową, aby nie ulec wspomnianym pokusom. Tylko schodząc z Panem Bogiem w głąb siebie z dziecięcą pokorą i ufnością, są w stanie dokonywać w Boże Imię naprawdę wielkich i autentycznych rzeczy.


Ciekawie o wielkiej pokusie pisze cytowany w „Drodze niedoskonałości” Jean Vanier: „A chrześcijanie bardzo często ukrywają pewne złe skłonności pod pozorami cnoty i tak zwanej walki o słuszną sprawę. Nie ma nic gorszego od tyranii pod płaszczykiem religijności” (s. 61).


Pamiętacie Szymona Maga? To pewien człowiek opisany w Biblii, który chciał za pieniądze kupić od Apostołów moc udzielania darów Ducha Świętego. Był przykładem człowieka często wykorzystującego religię dla własnych celów i podniesienia swojego prestiżu. Zachęcam gorąco do przeczytania Dz 8,9-24.


Herod Wielki to z kolei postać, która raczej kojarzy nam się ze świętami Bożego Narodzenia, a nie Wielkanocy (to ten Herod, który chciał zabić małego Jezusa). André Daigneault zestawia go właśnie z Osobą Pana Jezusa i zaznacza wyraźnie, jak bardzo różnili się oni choćby pod względem osobowości. Manipulacja i podporządkowywanie to te cechy, które często przejawiały się w działaniach Heroda. Za przykład może posłużyć jego stosunek do Jezusa – małego Mesjasza, magów i pomordowanych chłopców. Podczas gdy Herod to niemal uosobienie pychy, Jezusa wyróżniła doskonała pokora.


Niezależnie od tego, jaki mamy stosunek do Heroda (choć pewnie jednoznacznie negatywny) musimy uderzyć się w piersi i przyznać, że w naszym wnętrzu ciągle mocują się ze sobą pycha i pokora. Nieustannie musimy wybierać, kogo obieramy za naszego króla: Króla Miłości czy króla mocy? Jezusa czy Heroda? A kto jest moim królem...


Wróćmy jeszcze do sceny, która rozegrała się w raju. Co było powodem nieszczęścia pierwszych ludzi? Człowiek chciał się nieskończenie wywyższyć i być jak Bóg (zachęcam do wpisu, gdzie wyjaśnialiśmy sobie bogatą gamę pokus, zastosowaną przez węża w raju). Podobne motywy przyświecały budowniczym wieży Babel. A co zrobił Bóg? Jaką logikę nam zaproponował? On zrobił coś możliwie najbardziej odwrotnego: nieskończenie się uniżył, stał się człowiekiem. I znowu to samo – nie chodzi o drogę do góry, ale w dół, o czym sobie mówimy już od czterech sobót.


Szukanie prestiżu dotyka w pewnym stopniu każdego z nas, mnie i Ciebie; jest to pokusa, którą skażeni jesteśmy nie tylko jako jednostki, ale nawet na poziomie Kościoła Powszechnego. Jak ona się przejawia jeśli chodzi o Kościół jako całość? Choćby w tym, że nazbyt często widzimy sukces i istotę Kościoła w tym, co zewnętrzne: w złożoności hierarchii, w ilości zrealizowanych inicjatyw, a nawet politycznej sile. O co głównie chodzi? O image. Tymczasem to, co proponuje nam papież Franciszek jest właśnie ową drogą Ducha, której tyle miejsca poświęcił André Daigneault. Papież wskazuje najlepsze kierunki, którymi każdy z nas powinien iść. Wszystko powinno być czynione w miłości, prostocie, pokorze i ufności. Ewangeliczny image jest często totalnym przeciwieństwem image rozumianego w sensie tego świata. Jaki image miał Jezus, który umierał na krzyżu uznany za łotra i buntownika? Jaki image miał prześladowany Kościół pierwszych wieków i w czasach nieco nam bliższych? Warto się nad tym zastanowić...


Na koniec rozdziału trzeciego Daigneault raz jeszcze ukazuje Boga, który zstępuje. Wyznacza też kierunek, jakim zawsze winny podążać wszyscy, którzy dokonują jakichkolwiek reform w Kościele. I znowu jest to wypisz wymaluj jakby wyjęte z nauczania papieża Franciszka. Otóż wszelakie reformy muszą poszukiwać, opierać się na Bogu pokory, nie Bogu siły. To zadanie dla papieża, biskupów i kapłanów, ale także dla mnie i dla Ciebie. Zadanie nie na jutro, ale już teraz, bo teraz realizuje się nasza świętość.




Przed nami jeszcze trzy spotkania z „Drogą niedoskonałości. Świętość ubogich” André Daigneault, w trzy kolejne soboty. Chociaż może ostatni, siódmy wpis, ukaże się przed Triduum Paschalnym (może w Wielką Środę), żebyśmy już w tym szczególnym czasie skupili się tylko i wyłącznie na tym, co najistotniejsze.


Pozdrawiam i życzę Wam wszystkiego dobrego. Z Panem Bogiem. Pa :)

PS Biblia i Historia na Blasting News:


Czy to on jest zamieszany w spór wokół nowelizacji ustawy o IPN? [wideo], https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/03/czy-to-on-jest-zamieszany-w-spor-wokol-nowelizacji-ustawy-o-ipn-wideo-002370507.html;


Nie wierzysz w cuda? W Łodzi dzieje się ich wiele każdego miesiąca, https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/02/nie-wierzysz-w-cuda-w-lodzi-dzieje-sie-ich-wiele-kazdego-miesiaca-wideo-002365341.html.

sobota, 3 marca 2018

Wielki Post 2018 #3 Zstąpić w serce swojej biedy – droga słabości (rozdział 2)

„Nie możemy zrobić ani jednego kroku w stronę nieba. Kierunek pionowy jest zakazany. Ale jeśli wołamy z dołu, wówczas Bóg zstępuje i nas podnosi”

Simone Weil


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Jutro już Trzecia Niedziela Wielkiego Postu, a zatem to znak, że rozpoczynamy trzeci wpis z serii naszych minikonferencji wielkopostnych „Niedoskonałe minikonferencje”. Dzisiaj pochylimy się nad drugim rozdziałem książki „Droga niedoskonałości. Świętość ubogich” autorstwa André Daigneault. Serdecznie zapraszam!

Rozdział numer 2 rozpoczyna się bardzo cenną sugestią i przypomnieniem – autor przedstawił cytat z André Doze, gdzie jest mowa o zjawisku zstępowania w życiu Pana Jezusa, bo przecież począwszy od Wcielenia aż do zstąpienia w śmierć i w głąb otchłani, Pan niemal cały czas doświadczał swego rodzaju upodlenia od ludzi. Droga Jezusa Boga-Człowieka była nieustannym schodzeniem: także ku ludzkiej nędzy, grzechowi, najróżniejszym biedom. Dalej autor cytuje Christiana Bobina, zdaniem którego „dla chrześcijańskiego życia mistycznego Najwyższy staje się „Najniższym”” (s. 37 „Drogi niedoskonałości”). Może to nic odkrywczego, ale jakże często zapominamy, że naturalna mądrość najczęściej stoi w sprzeczności z prawdziwą pokorą (coś z gatunku Bożych paradoksów :). Nam bardzo często wydaje się, że na drodze do Nieba chodzi o zyskiwanie: dobrych uczynków, zasług, nieraz uznania od innych chrześcijan, itp. A tymczasem w tym wszystkim chodzi w pierwszej kolejności o tracenie: siebie, własnej woli, swoich słabości, grzechów – oddawanie tego wszystkiego Panu Jezusowi. Zachodzi tu perspektywa odwróconej drabiny, po której schodząc, wchodzimy do Nieba.

Na drodze wiary nigdy nie jesteśmy dostatecznie głęboko. Właśnie dochodzeniu do tej głębi szczególnie służy Wielki Post. Nie chodzi o grzeszenie, ale unicestwianie własnej woli i wchodzenie w taki stan, w którym całkowicie polegamy na Bogu, jesteśmy przed Nim duchowo nadzy i bezradni, pozbawieni już własnych „podpórek”. Czytamy: „Błogosławiona jest ta godzina naszej duchowej drogi, kiedy kolejno rozsypują się wszystkie nasze ludzkie podpórki” (s. 39).



Jezus został na ziemi ostatecznie przez bardzo wielu uznany za nic, bo jak inaczej można nazwać kogoś, kto umiera w tak hańbiący sposób jak na drzewie krzyża? Jan od Krzyża z kolei mówił: „Działanie prawdziwie Boże ma bowiem tę własność, że równocześnie uniża i podnosi duszę. Na tej drodze uniżać się znaczy podnosić się, a podnosić się znaczy uniżać się” (s. 40). Odnotujmy kolejny paradoks: Pan Jezus dotknął maksymalnego uniżenia na krzyżu, ale właśnie paradoksalnie będąc wywyższonym. „A jednak w tym upokorzeniu i w tej słabości Jezus ukazuje nam prawdziwe oblicze Boga, będące bezbronną wszechsłabością: „Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca”” (s. 41).

„Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał” – modlimy się często właśnie tymi słowami, ale czy dostrzegamy tutaj uniżenie Jezusa, że „zstąpił na samo dno, aż do piekieł” (s. 42)? Autor przestrzega czytelników, żeby strzegli się próżnej chwały, która bardzo raduje demona. Liczne cnoty połączone z pychą i próżnością mogą człowieka duchowo degradować, a nie podnosić.

Myślę, że dobrym kierunkiem wielkopostnej przemiany będzie dążenie do rozbicia własnego obrazu, o czym pisze André Daigneault. Znaczy to między innymi, że trzeba wreszcie przestać udawać. Jezus nie udawał Człowieka – On nim był. To może być bolesne, ale jednocześnie bardzo uzdrawiające. W Wielkim Poście warto też utracić swoje złudzenia. Często bowiem łudzimy się co do wielu spraw, choćby co do swojej rzekomej cudowności i doskonałości. Tymczasem należy uznać swoją słabość i bezradność, i zawołać za psalmistą: „Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło” (Ps 69[68],4).

Gdy już rozbijemy własny obraz i utracimy złudzenia przychodzi odczucie bólu. Wynika on z tego, że uświadamiamy sobie bezowocność naszych wysiłków, które zrodziły jedynie pychę. Możemy wówczas doświadczyć stanu walki wewnętrznej: między rozpaczą i nadzieją. Wtedy istnieje tylko jedna rada: upaść na kolana i być jak dziecko.

W konsekwencji wchodzimy na drogę, która jest otwarta dla poranionych, ale zamknięta dla „sprawiedliwych” i „doskonałych”.

Często okazuje się, że prawdziwą przeszkodą na drodze słabości prowadzącej ku Niebu jest pycha, egoizm, własne „ja”. Naprawdę jest wielką sztuką wyzbycie się własnego „ja”, unicestwienie go i przylgnięcie jedynie do Boga. Czytamy: „Nie ma powodu do rozpaczy. Ale rozpacz natury, sprowadzająca się do tego, że już niczego nie oczekujemy od siebie i mamy nadzieję tylko w Bogu, jest właśnie tym, czego chce Bóg” (s. 47). Co ciekawe, im człowiek więcej działa dla Królestwa Bożego, im więcej, tak czysto po ludzku patrząc, organizuje, nadzoruje, pomaga, tym nieraz trudniej wyzbyć mu się fałszywego „ja”. Okazuje się, że nierzadko zdecydowanie łatwiej to przychodzi mnichom i mniszkom. Nie oznacza to oczywiście, że nie trzeba działać na chwałę Bożą. Otóż trzeba! Jednak to nie my działamy, ale przez nas i w nas działa Bóg. Jeśli tego nie zrozumiemy pozostaniemy tylko pysznymi i próżnymi działaczami, którzy mogą nawet nie mieć wiele wspólnego z autentyczną miłością Boga i bliźniego.

W ramach przerywnika chętnych zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku o. Adama Szustaka. Jak wiemy jest on wielkim działaczem na chwałę Bożą, ma tysiące fanów. Zdecydował się jednak nakręcić poniższy filmik. Początkowo wydawał mi się on nieco nie na miejscu, ale jak się tak głębiej wgryzłem zauważyłem, że ma on szalenie ważny przekaz: o. Adam w mocny sposób oczyścił własne „ja”, unicestwił je. Nie chodzi o to, że kiedykolwiek grzeszył pychą czy próżnością ze względu na swoją popularność, lecz tym filmikiem dobitnie dał do zrozumienia, że w ostateczności tylko Pan Bóg się liczy. O. Szustak oczywiście bardzo szanuje i lubi swoich fanów i jak mało kto z oddaniem prowadzi ich ku Panu (możecie mi wierzyć, bo często oglądam jego filmiki :). Wyraził jednak z całą mocą, że nie robi tego dla poklasku czy własnej chwały, ale zależy mu na Panu Bogu. Heroizm...





Paradoksalnie zejście w głąb prawdziwej świętości opartej na pokorze dokonuje się nierzadko w trakcie duchowej nocy, kiedy zdaje się, że nie ma już nic, jedynie światło Ducha Świętego, które odsłania całą prawdę o człowieku; jest to wielce uzdrawiające z naszego wygórowanego i często próżnego „ja”, ze skażenia egoizmem. Bóg nie chce przez to maksymalnie zdołować człowieka, ale mówi mu, że jesteś dla Mnie wszystkim.

Co w tym wszystkim jest najbardziej uzdrawiające? Uzdrawiające jest przekonanie, że „im głębiej schodzimy w noc, tym wyraźniej widzimy, że nie ma różnicy między nami a najgorszym z grzeszników, gdyż mamy w sobie te same skłonności do zła” (s. 49).

Św. Maksymilian Maria Kolbe wyznał, że „gdy już wszystkie środki zawiodły, gdy uznano, żem stracony i przełożeni uznali, żem do niczego, wówczas Niepokalana wzięła w ręce to narzędzie, które nadawało się tylko na szmelc” (s. 50).

Bł. papież Paweł VI powiedział kiedyś w odniesieniu do ubogich i odrzuconych przez świat: są oni „biednymi, poranionymi barankami, które zbawiają świat nic o tym nie wiedząc” (s. 52). W jakiś tajemniczy sposób łączą się z Męką Pana Jezusa – Baranka, który przeszedł przez kulminację odrzucenia i poniżenia, który modlił się na krzyżu cytując psalm 22(21),2: „Boże mój, czemuś Mnie opuścił” (Mk 15,34).

Zdaniem André Daigneault prawdziwa droga świętości jest wąską bramą. Można przez nią przejść tylko wówczas, gdy jest się biednym, słabym i poranionym; jest to droga schodzenia w głębiny utrapienia i swoich ran. Odsyłam też do tekstu, w którym kiedyś w ramach Bożych paradoksów mówiliśmy sobie o ciasnej bramie.

Na czym polega prawdziwa wielkość człowieka? Autor „Drogi niedoskonałości” odpowiada: „W królestwie Bożym prawem wielkości jest prawo małości, zaakceptowanej słabości” (s. 53). Prawda, że rewolucyjne sformułowanie?

André Daigneault, kontynuując tę myśl, poświęcił też trochę miejsca kwestii, która streszcza się w słowach: „Zewnętrzny sukces nigdy nie jest rękojmią płodnego apostolatu” (s. 54). Trzeba być ostrożnym w czysto ludzkim patrzeniu na wszelkie dzieła, także te apostolskie. Nie zawsze spektakularne sukcesy są tym, co naprawdę zbliża do Boga. Czasami pozorne pasmo niepowodzeń może być prawdziwie Bożym działaniem. Czasem autentyczne nawrócenie jednej osoby może znaczyć więcej niż setki tysięcy „nawróconych” fanów. Daj Boże oczywiście jak największe owoce działań, ale trzeba pamiętać, że „nie tak jak człowiek, widzi Bóg” (par. 1 Sm 16,7).

Kojarzymy zapewne św. Jana Marię Vianneya, proboszcza Ars. Po ludzku nie był kimś wyjątkowym: niespecjalnie wykształcony, proboszcz maleńkiej parafii; słowem: nic wielkiego. Tymczasem pewien intelektualista zapytany, co widział w Ars, powiedział: „No cóż! Widziałem Boga w człowieku” (s. 55). Nie trzeba tego komentować...



Zakończmy nasze dzisiejsze spotkanie słowami, którymi André Daigneault kończy rozdział drugi swojej książki: „Rozwiązaniem dla obecnej dechrystianizacji nie są nasze środki i nasze sposoby widzenia pracy duszpasterskiej, ale Boża mądrość, często będąca szaleństwem dla rozumnego człowieka” (s. 56).

Dzięki wielkie za dzisiaj! Jeśli tylko macie ochotę i czas, zapraszam do poprzednich wpisów z wielkopostnej serii „Niedoskonałe minikonferencje”, kto jeszcze nie czytał. Jeśli uważacie, że ktoś może wynieść coś sensownego z tych naszych spotkań, udostępnijcie. Nie o mnie tu chodzi czy o bloga, ale może Duch Święty mógłby tymi tekstami się posłużyć, bo wierzę, że powstają one z Jego inspiracji.

Z Panem Bogiem! Za tydzień nasze spotkanie #4.

PS PS Moje najnowsze teksty na Blasting News:
Czy to on jest zamieszany w spór wokół nowelizacji ustawy o IPN? [wideo], https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/03/czy-to-on-jest-zamieszany-w-spor-wokol-nowelizacji-ustawy-o-ipn-wideo-002370507.html;
Nie wierzysz w cuda? W Łodzi dzieje się ich wiele każdego miesiąca [wideo], https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/02/nie-wierzysz-w-cuda-w-lodzi-dzieje-sie-ich-wiele-kazdego-miesiaca-wideo-002365341.html.

sobota, 24 lutego 2018

Wielki Post 2018 #2 Zstąpić w serce swojej biedy – droga siły (rozdział 1)

 „Aby zyskać Boga, wpierw trzeba wszystko utracić. Droga duszy jest drogą wiodącą w dół”

Divo Barsotti


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Kontynuujemy naszą lekturę wielkopostną, a właściwie zaczynamy na dobre, jeśli nie liczyć wprowadzenia sprzed tygodnia. Tą lekturą jest jak wiemy „Droga niedoskonałości. Świętość ubogich” André Daigneault. Zapraszam, kto jeszcze tego nie uczynił, do zapoznania się z wpisem nr 1 tych „Niedoskonałych minikonferencji” oraz niespodzianką. Bez zbędnej zwłoki przejdźmy do pierwszego rozdziału.


Autor „Drogi niedoskonałości” przytoczył we wstępie do premierowego rozdziału fragment tekstu francuskiego pisarza katolickiego Léona Bloy. Chciałbym podkreślić szczególnie jedno, końcowe zdanie: „Do Raju nie wchodzi się jutro ani pojutrze, ani za dziesięć lat: wchodzi się tam dzisiaj, kiedy jest się biednym i ukrzyżowanym” (s. 24 „Droga niedoskonałości”). Myślę, że to bardzo ważne słowa. Mamy czasem taką pokusę, żeby odkładać zbawienie na później i to nie tylko chodzi o lekceważenie sprawy. Zdarza się i tak, że czujemy się dzisiaj tacy niegodni i nie za bardzo mamy motywację, żeby iść do przodu. Tymczasem świętość dzieje się już dzisiaj. Ona wydarza się tu i teraz. Tak zwanych duchowych perfekcjonistów przeraża nieraz wizja zbawienia, do którego w swojej opinii, nieraz nazbyt surowej, ciągle nie dorastają. Zrażają się tym, ile ich jeszcze pracy czeka, nim staną się doskonali i zasłużą wreszcie na Niebo.

W tym kontekście bardzo podoba mi się też krótkie rozważanie o. Adama Szustaka OP, który w jednym ze swoich filmików z serii „SzustaRano” na bazie pewnego cytatu zachęcał do tego, żeby do świętości podchodzić w następujący sposób: dzisiaj postaraj się być choć trochę lepszy niż wczoraj. Analogiczne podejście w kontekście skakania na nartach prezentują nasi skoczkowie, szczególnie Kamil Stoch, który powtarza, że nie myśli o końcowym sukcesie, ale skupia się na każdym konkretnym skoku. Może czasami zamiast dumać o Niebie, lepiej zastanowić się jak tu i teraz konkretnie zbliżyć się do niego.

Wspomniany wcześniej Léon Bloy napisał też: „Wszyscy mamy do zrobienia na tym świecie tylko jedno – zostać świętymi, a do tego trzeba wiele wycierpieć”. Bardzo często w naszym odczuciu świętość kojarzy się ze wspinaczką; osiąganiem coraz wyższych stopni doskonałości. W zasadzie wszystko jest w porządku z takim patrzeniem na te kwestie, lecz paradoksalnie kryje się tu poważna pułapka. Może się bowiem okazać, że wspinając się na owe poziomy rzekomej doskonałości wcale nie wdrapiemy się do Nieba, ale na wyimaginowaną górę samouwielbienia i pychy. Jeśli w tym procesie będziemy bazować tylko na ludzkich cnotach i „zasługach”, znajdziemy się na drodze dokładnie przeciwnej tej, do której zachęca Pan Jezus w Ewangelii.

Dobrze to wszystko oddaje scena spotkania Jezusa z Zacheuszem (w innym kontekście mówiliśmy sobie o niej w czasie naszych adwentowych spotkań, pamiętacie :). Pan mówi do celnika: „Zejdź prędko” (Łk 19,5). Zdaje się przez to zachęcać: „Uniż się, zstąp w serce swojej biedy, abym ja mógł swoją mocą cię wywyższyć” (por. Łk 14,11, gdzie jest mowa o uniżaniu i wywyższaniu). Takie właśnie uniżenie stało się udziałem celnika z przypowieści o celniku i faryzeuszu (por. Łk 18,9-14). Zachęcam teraz do przeczytania tej perykopy biblijnej. Tam właśnie najlepiej widać jak ścierają się ze sobą ludzka droga doskonałości (faryzeusz) i Boska droga niedoskonałości (celnik).



„Aby zyskać Boga, wpierw trzeba wszystko utracić...”

Z kolei św. Paweł pisał do Filipian: „wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze” (Flp 3,8-9). To też wiele mówi, prawda?

W czasach św. Pawła wielu mniemało właśnie, że aby dostąpić zbawienia trzeba gorliwie wypełniać przepisy Prawa. Niektórzy nawet z samym Prawem wiązali moc zbawczą. Tymczasem Apostoł Narodów przy każdej okazji dawał do zrozumienia, że to tak naprawdę nie o samo Prawo chodzi, lecz Boga, który zaprasza do wstąpienia na drogę pokory i uznania swojej grzeszności, aby z Jego pomocą osiągnąć Niebo. Nie ma innej drogi, co św. Paweł podkreślił choćby w bardzo mocnych słowach: „Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty!” (Ga 1,8).

„Zejść, aby się wspiąć” – oto jest jedna z głównych myśli tego rozdziału oraz całej książki, którą wspólnie czytamy. Z całą mocą podkreśla to zakończenie przypowieści o celniku i faryzeuszu: „Powiadam wam: Ten (celnik) odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten (faryzeusz). Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18,14) – to jest właśnie istota ewangelicznej drogi niedoskonałości, która stoi w zdecydowanej sprzeczności z pojmowanym po ludzku syndromem doskonałości, na który cierpiał faryzeusz.



„Droga duszy jest drogą wiodącą w dół...”

Dodajmy jeszcze, na co również zwraca uwagę André Daigneault, że przywiązanie do nieskazitelności na mocy skrupulatnego wypełniania Prawa może wynikać z chęci zabezpieczenia się. Innymi słowy: im więcej poszczę, modlę się i spełniam dzieł miłosierdzia, tym bardziej jestem „święty” i zasługuję na Niebo. Mniej grozi mi piekło, jak tym, którzy są mniej „święci”. Jednakże świętość to nie matematyka, tam nie zawsze 2+2=4; tam może się zdarzyć, że będąc po ludzku kompletnym zerem, można być paradoksalnie bliżej Nieba, niż ci „stuprocentowi” chrześcijanie. Ewangelia to świat paradoksów, świat na wspak, pamiętacie? Nie chodzi tu o minimalizm, ale właściwe pojęcie o tym, że zbawienie jest łaską, darem i to nie my osiągamy Niebo, ale Jezus uzdalnia nas, by miłością odpowiedzieć na Jego Miłość i wszystko czynić z miłości, a nie ze względu na Prawo. Wtedy nie pościmy i modlimy się dla szpanu, poczucia bezpieczeństwa czy ukrycia braku zaufania do Stwórcy, ale z miłości do Pana Boga i bliźnich. I o to chodzi.

Doskonale to wyraził autor „Drogi niedoskonałości”: „rana faryzeusza polega na tym, iż zabiega on o wielkość i władzę, aby zrekompensować brak zaufania do Boga i brak poczucia bezpieczeństwa, które stale każą mu szukać pierwszych miejsc przy ludziach wpływowych i pełniących władzę” (s. 33).

Idąc dalej tym tropem myślowym zerknijmy na cytat z książki Scotta Pecka, które przytoczył André Daigneault. Ukazują one ducha faryzejskiego: „Słowa „obraz”, „pozór” i „zewnętrznie” są kluczowe dla zrozumienia faryzeuszy” (s. 34 „Droga niedoskonałości). Trudno się z tym nie zgodzić.

Wreszcie dochodzimy do recepty na świętość, bardzo prostej, a o której bardzo łatwo zapomnieć, nawet w ferworze wielkopostnych postanowień i szczytnych nawet inicjatyw podejmowanych szczególnie w tym okresie. Spróbujmy wyłuskać ową receptę z kolejnego cytatu: „Największą przeszkodą dla świętości jest pycha duchowa i pewnego rodzaju faryzeizm. Niektóre osoby nigdy nie chcą uznać w sobie najmniejszego śladu słabości” (s. 34). Jaka jest zatem owa recepta? Bardzo prosta: uznać swoją słabość. Parafrazując św. Pawła można powiedzieć: świętość w słabości się doskonali (por. 2 Kor 12,9). Odważę się nawet zaryzykować stwierdzenie: dopóki w jakimkolwiek stopniu własne uświęcenie przypisujesz swojej doskonałości lub zasługom, dopóty nie możesz zostać świętym, bo święty to jest ktoś kto całkowicie polega na Bogu. Nie znaczy to, że nie mamy się starać. Mamy i temu służy szczególnie Wielki Post, ale wszystko co nam się udaje dobrego uczynić nie jest ŻADNĄ naszą zasługą, ale łaską Pana Boga. Dopóki tego nie zrozumiemy, zawsze będziemy narażeni na pewną dozę faryzeizmu.

Chciałbym zakończyć dzisiejsze rozważania cytatem wieńczącym pierwszy rozdział książki André Daigneault. Niech te słowa będą podsumowaniem i puentą: „Nie ma innej drogi oprócz małej drogi zstępowania w słabość; ta droga pozwoli nam odkryć naszą biedę jako drogocenną perłę, dla której warto sprzedać wszystkie bogactwa, byleby wejść w jej posiadanie” (s. 35).

Obejrzyjcie sobie jeszcze poniższy filmik o tym, jak pewien człowiek uznał swoją niesłychanie wielką słabość, co stało się jego drogocenną perłą. Taki jest Bóg.



Dzięki serdeczne za dzisiejsze spotkanie. Od razu zapraszam już za tydzień. Jeśli znasz kogoś, komu tego typu teksty mogłyby się przydać podeślij je. Każdy z nas może wynieść wiele dobrego z książki André Daigneault, ale może jest ktoś koło Ciebie, kto szczególnie potrzebuje takich treści; ktoś, kto może już dawno zwątpił, że z bagna, w którym się znajduje, może dostać się do Nieba. Ta książka naprawdę przynosi pokrzepienie i koi duchowe rany.

Wierzę, że nie zrażacie się stosunkowo dużą liczbą cytatów. Chcę, żeby to Duch Święty przez André Daigneault i jego książkę nas prowadził, więc często ograniczam się jedynie do słowa, kilku (no może kilkunastu ;) słów komentarza. Niech autor tej znakomitej książki będzie naszym przewodnikiem duchowym szczególnie w tym Wielkim Poście.

Bądźcie zdrowi i liczę na kolejne miłe spotkanie już za tydzień :)

Z Panem Bogiem.



PS. Biblia i Historia na Blasting News: Nie wierzysz w cuda? W Łodzi dzieje się ich wiele każdego miesiąca [wideo], https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/02/nie-wierzysz-w-cuda-w-lodzi-dzieje-sie-ich-wiele-kazdego-miesiaca-wideo-002365341.html.

sobota, 17 lutego 2018

Wielki Post 2018 #1 Ewangelia – świat na wspak

Wprowadzenie do lektury wielkopostnej



Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Właśnie rozpoczynamy cykl siedmiu minikonferencji z cyklu „Niedoskonałe minikonferencje”. To hasło nawiązuje do tytułu książki, która będzie naszą lekturą na Wielki Post 2018; oczywiście szczególnie na tym blogu tak czy inaczej bezsprzecznie podstawową pozycją jest Biblia. To chyba zrozumiałe :)

Mam nadzieję, że w każdą wielkopostną sobotę będziemy się spotykać, aby odkrywać naprawdę fascynujące treści, jakie wypływają z naszej lektury. W takim razie już najwyższy czas, żebyście wreszcie dowiedzieli się, o jaką książkę chodzi. Jest to „Droga niedoskonałości. Świętość ubogich” André Daigneault (czyta się to mniej więcej tak: ądre denio; autor jest Kanadyjczykiem, a zatem tak jak w przypadku Francuzów rozdźwięk między tym co się pisze i mówi bywa nieraz kosmiczny :) To zapalony kaznodzieja, poeta oraz ewangelizator, który dużo mówi i pisze o Panu Bogu z sobie właściwą prostotą. Tutaj znajdziecie kilka informacji o nim oraz jego książkach, które można nabyć. Tutaj natomiast, jeśli jej jeszcze nie macie możecie zobaczyć podgląd kilkudziesięciu stron.

Jeśli możecie nabyć lub wypożyczyć tę książkę to super. Jeśli nie, tym bardziej zachęcam Was do lektury rabanowych minikonferencji. Tak czy inaczej będzie mi bardzo miło, jeśli regularnie będziecie czytać treść kolejnych wpisów. I jeszcze jedna prośba: dzielcie się w komentarzach swoimi przemyśleniami na temat treści tej książki. Ubogacajmy się wzajemnie.

Nie przedłużając i tak dość solidnego wstępu (wybaczcie, to pierwszy wpis z serii, nie licząc niespodzianki na Wielki Post 2018 :) idźmy dalej.


Wielki Post jest jak wiemy czasem, który chyba jak żaden inny stwarza dogodne warunki dla nawrócenia i przemiany życia. Zaraz na początku tego szczególnego czasu słyszymy w liturgii o trzech bardzo ważnych hasłach: modlitwa, post, jałmużna, które winniśmy jak najgorliwiej wcielać w nasze życie, wypełniać każdego dnia. I bardzo, bardzo, bardzo dobrze! Jest tu jednak pewne małe, aczkolwiek bardzo realne niebezpieczeństwo, na które jakże często zwracał uwagę Pan Jezus, szczególnie w rozmowach z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie. Otóż może się zdarzyć, że Wielki Post stanie się dla człowieka czasem, kiedy będzie, nawet z najszczerszych pobudek, działał tylko w myśl zasady: „szybciej, dalej, więcej, gorliwiej”, co z kolei wywinduje go na wyższy stopień doskonałości i nieskazitelności moralnej, „świętości”, która zostanie zauważona przez możliwie najliczniejsze zastępy braci, którzy będą chwalić i chwalić bez końca. Poniekąd bardzo często właśnie taki obraz świętości mamy w naszych głowach.



Popatrzcie jednak, jakie słowa przytoczył już w pierwszym zdaniu wprowadzenia w swojej książce, którą czytamy, André Daigneault: „Aby zostać świętym, trzeba dojść do takiej skrajności, do tak wielkiego unicestwienia, że pozostaje już tylko jedno: pokładać nadzieję w Panu” (s. 5; w nawiasach będę podawał strony z naszej lektury). Normalnie rewolucja! Jest to cytat z bł. o. Marii Eugeniusza od Dzieciątka Jezus, które przytoczył Daigneault. Posłuchajcie jeszcze jednego zdania z tego fragmentu: „Stan najwyższej świętości niemal zlewa się ze stanem grzesznika, który nie ma już nic i którego jedynym bogactwem jest nadzieja pokładana w Bożym miłosierdziu” (s. 5). Chciałbym Wam zacytować jeszcze inne zdania, bo każde z nich nosi w sobie pewien Boży paradoks, ale ograniczę się do słowa komentarza, bo nie będę przepisywać książki ;)

Generalnie istotą powyższych słów jest to, co często nam umyka, że świętość to nie tyle wspinaczka na kolejne etapy moralnej czystości, ale nierzadko jest drogą przez grzech, słabości, wielokrotne upadki oraz upodlenie. Paradoksalnie w stanie zupełnego ogołocenia z godności i nadziei, w obliczu niezliczonych cierpień fizycznych, moralnych czy psychicznych, nierzadko droga do świętości jest najszybsza. Wiem, brzmi to jak herezja :), ale tak po prostu jest. I nie chodzi o to, żeby teraz nagle zacząć grzeszyć ile wlezie, żeby do takiego stanu świętości się zbliżyć. Nie! Chodzi o to, żeby uznać, że nikt z nas nie jest doskonały i tak naprawdę nie o doskonałość toczy się gra, ale akt ufności, że Ty Boże możesz uczynić mnie świętym, a ja chcę odpowiadać na Twoją Miłość i współpracować z Tobą w tym dziele, aby także innych pociągać ku Tobie. Na tym trzeba się koncentrować, nieprawdaż?

Reasumując, od wielkiego grzesznika, do jeszcze większego świętego jest niedaleka droga. Przykład? Choćby Dobry Łotr. Pamiętacie wpis na jego temat? Zerknijcie tam.

Daigneault nawiązał też do swojej rozmowy z pewnym młodym człowiekiem, który był już w więzieniu, brał narkotyki, nadużywał alkoholu. Stał przed nim płacząc i rozpaczając. Kiedyś wszak chciał zostać świętym, a tutaj jego życie potoczyło się w takim, a nie innym kierunku. Jednakże jak twierdził, mimo wszystko zawsze się modlił. Czy taki ktoś może zostać świętym? Przede wszystkim o tym jest ta książka.

Autor pisze dalej: „Gdyby tak odkryć, że wspinaczka staje się podążaniem w dół, a droga doskonałości – małą drogą niedoskonałości, otwartą dla ubogich (…). Ewangelia to świat na wspak” (s. 7; to mogłoby być motto serii Boże paradoksy” :) Przyznacie chyba, że mamy do czynienia z zupełnie rewolucyjną wizją świętości, ale czy przypadkiem nie o taką właśnie świętość chodziło Panu Jezusowi, gdy jadał z grzesznikami, nie potępiał prostytutek, przemieniał ludzkie serca poranione przez różnorakie słabości i grzechy? Warto się nad tym zastanowić. Bardzo często jedyną przeszkodą dla świętości jest pycha, szczególnie duchowa: albo wynikająca z faktu, że uważam się za lepszego i potępiam tych rzekomo gorszych i złych, albo nie jestem w stanie przyjąć Bożego Miłosierdzia, bo moim zdaniem już na nie nie zasługuję lub mi na nim nie zależy, bo ja sam sobie dam radę, a Bóg „nie może” kochać kogoś takiego jak ja.

I kolejny cytat: „Nigdy nie należy zapominać o tym, że najbardziej znerwicowany spośród chorych poprzez swoją biedę i swoje cierpienie mógłby być bliżej Boga niż najbardziej zrównoważony z ludzi”. Wypisz wymaluj, scena modlitwy faryzeusza i celnika (s. 9; por. Łk 18,9-14). Jako przerywnik zachęcam Cię serdecznie do obejrzenia tego oto filmiku (bardzo krótkiego). Jest znakomity!!!




Jeśli dla kogoś powyższe kwestie są jeszcze niewystarczające odsyłam do przypowieści o uczcie (por. Łk 14,15-24). Pamiętacie, kto w konsekwencji przyszedł na ucztę, którą wyprawił pewien człowiek. Otóż byli to ubodzy, ułomni, niewidomi i chromi. A gdzie byli wtedy ci zdrowi?

Nie mają monopolu na świętość, tylko ci rzekomo sprawiedliwi, ale, jak pisze André Daigneault, „świętość musi być ofiarowywana „na drogach i między opłotkami”, gdyż Bóg chce zapełnić swoją salę biednymi i poranionymi” (s. 12). W Biblii czytamy: „Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi” (Mt 19,30).

Znacie historię Jacquesa Fescha? To morderca, którego proces beatyfikacyjny się toczy. Jest żywym dowodem na to, że niebo jest osiągalne dla każdego; dowodem na to, że dzieje Dobrego Łotra (por. J 23,39-43) powtarzają się aż po dziś dzień. Posłuchajcie proszę nagrania fragmentu dziennika Fescha, który pisał w więzieniu (filmik trwa niecałe 5 minut; warto).




Autor „Drogi niedoskonałości” cytuje też André Loufa: „Trzeba po niej (drabinie pokory) wchodzić ku górze, poniżając się, a spuszczać się w dół poprzez wywyższanie. (…) Takie poniżenie w małości i ubóstwie to dla chrześcijanina jedyna droga i cnota: innych nie ma” (s. 15). Daje do myślenia, prawda?

Dla Pana Boga nigdy dość miłosierdzia. Pamiętamy trudne słowa św. Pawła: „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Daigneault przywołał w swojej książce słowa św. Augustyna, które rzucają cenne światło na ten fragment: „Wszystko może stać się łaską, „nawet grzech”, jak mawiał św. Augustyn” (s. 16). To jest właśnie skandal Bożego miłosierdzia (odsyłam do znakomitej książki abpa Grzegorza Rysia „Skandal miłosierdzia”), że Pan Bóg potrafi nawet z największego upodlenia i beznadziei wyciągnąć człowieka. Wszak „nigdy człowiek nie będzie bardziej poraniony przez życie niż jest kochany przez Boga, nigdy!” (s. 17).

W „Drodze niedoskonałości” czytamy też słowa Marty Robin: „im bardziej puste jest naczynie, tym więcej można wlać do niego płynu; im bardziej pusta jest dusza, aby przyjmować, tym bardziej Jezus ją wyróżnia swoimi darami” (s. 18). Kochani, paradoks za paradoksem!

Na zakończenie przytoczę krótką historyjkę, którą przedstawił Daigneault. Mianowicie zdarzyło się, że pewien młodzieniec nazwał św. Franciszka z Asyżu „świętym”. A Franciszek na to: „Uważasz, że jestem świętym? A więc nie wiesz, że jeszcze dzisiejszego wieczoru mógłbym spać z prostytutką, gdyby nie wspierał mnie Chrystus” (s. 18). Mocne, ale jakże głębokie! To nie człowiek może siebie uczynić świętym, ale jedynie Bóg. A dla Boga nie ma nic niemożliwego...

To tyle na dzisiaj, moi Drodzy. Wierzę, że już za tydzień kolejne nasze wielkopostne spotkanie. Trzymajcie się ciepło. Nie zostawiam Was z jakimiś konkretnymi wytycznymi czy planami działania na ten najbliższy tydzień jak było to choćby w zeszłym Adwencie. Po prostu spróbujmy uczynić jakiś pożytek z tych naszych dzisiejszych rozważań. Dajmy swobodę działania Duchowi Świętemu. Wsłuchajmy się w Jego głos, w Jego natchnienia. Wszak to rok Ducha Świętego. Może mniej planujmy, ale po prostu żyjmy miłością i spełniajmy wolę Bożą.
Z Panem Bogiem.

Dzisiaj pochylaliśmy się nad wprowadzeniem do lektury:

André Daigneault, Droga niedoskonałości. Świętość ubogich (oryg. Le chemin de l'imperfection. La sainteté des pauvres), Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2010, s. 1-19


PS Zostawcie jakiś komentarz. Polubcie, udostępnijcie tę minikonferencję w mediach społecznościowych, jeśli uważacie, że jest w niej coś wartościowego. Ja myślę, że książka „Droga niedoskonałości” sama w sobie już jest wielka wartością.


Pamiętajcie też, proszę, o Biblii i Historii na Blasting News. Mój najnowszy artykuł: Nie wierzysz w cuda? W Łodzi dzieje się ich wiele każdego miesiąca, https://pl.blastingnews.com/felietony/2018/02/nie-wierzysz-w-cuda-w-lodzi-dzieje-sie-ich-wiele-kazdego-miesiaca-wideo-002365341.html.
Możecie mnie wspomóc nie wydając żadnych pieniędzy. Wystarczy, że przeczytacie i udostępnicie moje teksty. A i tak w ten sposób możecie uczynić gest jałmużny :) Dzięki!

sobota, 10 lutego 2018

#12 Boży paradoks Mt 22,34-40

Teolog w piaskownicy



Do napisania dzisiejszej refleksji z serii „Boże paradoksy” zachęciły mnie pewne wspomnienia z czasu studiów. Tak się składa, że w „Pochylmy się nad...” również swego czasu odwoływałem się do zapamiętanego obrazu, ale z czasów gimnazjalnych, pochylając się nad nim w nieco innym kontekście. Pamiętacie? Jeśli nie, odsyłam do tamtego tekstu. A teraz już przejdę do tej nieco świeższej kwestii.

Otóż zdarzało się na wykładach z pewnego przedmiotu, że od czasu do czasu mieliśmy problem z rozwikłaniem coraz bardziej skomplikowanych zagadnień. Wraz z przerabianiem kolejnych treści nawarstwiało się coraz więcej materiału. A już szczególnie niewesoło robiło się wtedy, jeśliby student zaniedbał jakąś porcję wiedzy z wcześniejszych wykładów. Wtedy z oczywistych względów miał twardy orzech do zgryzienia, gdy trzeba było stawić czoła nowym porcjom informacji, które w jakimś stopniu bazowały na poprzednich kwestiach. Dlatego jeśli to czytasz i jesteś uczniem lub studentem to zachęcam Cię najgoręcej jak potrafię do nauki na bieżąco, bo jeśli narobisz sobie zaległości może być niewesoło :o

Mieliśmy jednak bardzo dobrego wykładowcę (zresztą innych również), który wiedział jak nam pomóc. Czasami, nawet solidnie przygotowani, przy rozwiązywaniu jakichś kwestii brnęliśmy w coraz bardziej skomplikowane reguły, wzory, definicje; sięgaliśmy głęboko w odmęty naszej wiedzy. I zdarzało się, że to czasami niespecjalnie pomagało. Co wtedy robił wykładowca? Mówił coś arcyprostego! Wtedy kierował naszą uwagę nie na te kwestie najbardziej skomplikowane, ale nakazywał wracać do źródeł. Żeby bowiem zrozumieć coś najtrudniejszego, trzeba było powrócić do podstaw, przypomnieć sobie pewne mechanizmy, na których najlepiej zrozumieć to, co już jest naprawdę trudne. I pomagało! Podobnie jest np. ze wzorami; jeśli na początek podstawicie do niego jakieś bardzo duże i skomplikowane liczby, możecie pobłądzić, jeśli jednak nauczycie się go stosować na prostych przykładach, zobaczycie, jakie to łatwe. Jeszcze inny przykład: czasami skoczkowie narciarscy, którzy mają problem z formą, nierzadko udają się na skocznie najmniejsze, gdzie mogą przećwiczyć pewne elementy, z którymi nie radzili sobie choćby na „mamutach”. Wracają do źródeł, co pomaga im potem przełamywać pewne mankamenty.

Pamiętacie scenę biblijną, gdy jeden z uczonych w Prawie zapytał Pana Jezusa: „Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?” (Mt 22,36)? Mistrz odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt 22,37-40). Myślę, że na szczególne podkreślenie zasługuje ostatnie zdanie. Dodajmy, że Żydzi doliczyli się przynajmniej 613 przykazań w Prawie. Wyobraźmy sobie, jak w ich uszach musiało zabrzmieć wyjaśnienie Jezusa z Nazaretu, że WSZYSTKO opiera się na przykazaniu miłości. Wynika z tego bardzo ważna nauka dla nas.

Czy widzimy korelację między słowami Pana Jezusa i podejściem, które proponował mój wykładowca? Chodzi o maksymalne upraszczanie spraw, także związanych z wiarą, co pomaga w głębokim jej przeżywaniu i rozumieniu. Wydaje się, że my często komplikujemy sobie życie niepotrzebnie. Moim zdaniem lepszym teologiem nie jest ten, który tworzy coraz bardziej skomplikowane teorie, ale ten, który stara się zawsze docierać do istoty danego przykazania czy jakiegoś problemu związanego z wiarą. To dotyczy także wszystkich chrześcijan. To jest pewien paradoks, ale taka jest prawda: „mądrzejsze” i bardziej uczone teorie są nierzadko wrogiem mądrych. Serdecznie współczuję ludziom zwanym skrupulantami, którzy nieraz powodowani zaburzeniami nerwicowymi wszędzie węszą grzech i analizują z lękiem najmniejsze nawet zdarzenie pod kątem wielu praw i przykazań. Chrystus daje jednak każdemu chrześcijaninowi jasną wskazówkę, że tak naprawdę miłość się liczy. Z niej wszystko wypływa. Przykazanie miłości nie znosi dekalogu, ale pomaga go lepiej rozumieć i wedle niego żyć.

Jeśli kocham, staram się nie zabijać, nie kraść, nie cudzołożyć, bo w przeciwnym razie wyrządziłbym krzywdę Panu Bogu i bliźnim. A jeśli nawet spotka mnie to nieszczęście i zgrzeszę ciężko, nie usprawiedliwiam się, ale i nie popadam w kompletną beznadzieję, lecz po prostu idę i oddaję to Jezusowi, bo wiem, że On mnie kocha niewypowiedzianie. To wszystko.



Czy przypadkiem nie zasiadłem już zbyt wygodnie „na katedrze teologii” w moim życiu? Może trzeba, żebym przynajmniej od czasu do czasy udał się do „piaskownicy”, trochę się „pobawił” i zaczerpnął ze źródła prawdziwej prostoty?


PS Może ktoś z Was mylnie odniósł wrażenie, że niektóre z powyższych słów są skierowane przeciw teologom :) Nic bardziej mylnego! Co byśmy zrobili bez teologów? Chyba zrozumieliście sens tego wpisu. Może wypowiecie się w komentarzach?

Pamiętajcie, od pewnego czasu Biblia i Historia jest też na Blasting News. Przeczytaj (http://pl.blastingnews.com/felietony/2018/01/swiety-mikolaj-jednak-istnial-brytyjscy-naukowcy-przeprowadzili-ciekawe-badania-002292199.html) i udostępnij. Dziękuję!

Zapraszam też do lektury specjalnej serii („100+ Cudowna historia Polski”) z okazji stulecia naszej niepodległości na moim drugim blogu, poświęconej cudom w historii Polski. Myślę, że może to zaciekawić nie tylko pasjonatów historii. Odsyłam też do wpisu wprowadzającego.

Pozdrawiam i życzę udanego spędzania ostatnich dni karnawału, a już za tydzień zapraszam na pierwszy właściwy wpis z minikonferencją wielkopostną z serii „Niedoskonałe minikonferencje” (dowiecie się też, dlaczego taki tytuł ;). Oto wpis wprowadzający (niespodzianka). Serdecznie zapraszam!

sobota, 3 lutego 2018

# 11 Pochylmy się nad... 2 Mch 1,1-9

Biblijna „kardiologia”



Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Cieszę się, że mam zaszczyt powitać Was we wpisie otwierającym drugi sezon serii Pochylmy się nad... Dziesięć tekstów pierwszego sezonu tego cyklu znajdziecie oczywiście w zakładce Pochylmy się nad...

Do Drugiej Księgi Machabejskiej (2 Mch) jeszcze w tej serii się nie odwoływaliśmy, toteż spieszę z kilkoma zdaniami wyjaśnienia, co to generalnie jest za księga i o czym opowiada. Jak się pewnie domyślacie, skoro istnieje 2 Mch, to pewnie jest też 1 Mch :) Oczywiście, że tak :) Natomiast już tak całkiem na poważnie trzeba przyznać, że 2 Mch nie jest kontynuacją 1 Mch, co już zapewne dla wielu nie jest takie oczywiste. Druga księga opisuje wydarzenia zawarte w pierwszych siedmiu rozdziałach księgi pierwszej, pod nieco innym kątem.

Ogólnie rzecz ujmując Księgi Machabejskie należące do ksiąg historycznych opisują losy powstania żydowskiego pod wodzą Judy Machabeusza, a potem jego braci, przeciw władzy okupacyjnej państwa Seleucydów (po części spadkobierców Aleksandra Macedońskiego). Czytamy o wydarzeniach z lat 175-135 p.n.e., a samo powstanie trwało w okresie ok. 168/167-141 p.n.e. 2 Mch, co już poniekąd zasugerowałem, obejmuje czas 15 lat.

Żydzi i protestanci nie bardzo akceptują kanoniczność 1 i 2 Mch, natomiast katolicy i prawosławni uznają je za księgi tzw. deuterokanoniczne (wtórnokanoniczne). Oznacza to, że w odróżnieniu od tzw. ksiąg protokanonicznych uznawanych przez judaizm i całe chrześcijaństwo, księgi deuterokanoniczne nie przez wszystkich są umieszczane wśród ksiąg natchnionych i często są spychane do kategorii zwanej apokryfami.

Warto jednak wspomnieć, że choćby w 2 Mch można znaleźć prawdziwe perły związane z wiarą, unikalne w Starym Testamencie i wyprzedzające niemal wszystkie księgi Starego Przymierza, twierdzenia wcale jeszcze nieoczywiste przed narodzinami Chrystusa. Wspomnijmy chociaż podstawowe: wiara w czyściec i życie wieczne oraz wiara we wzajemną pomoc żywych i umarłych. Może przy innych okazjach pochylimy się bardziej szczegółowo nad tymi kwestiami :) Zachęcam też gorąco do osobistej lektury tych ksiąg, a także wstępów do nich.

W 2 Mch 1,1-9 czytamy list przesłany przez Żydów z Ziemi Świętej do rodaków, zamieszkujących Egipt. Nie ukrywam, że w trakcie lektury tej perykopy szczególnie przemówiły do mnie słowa: „Niech Bóg udziela wam dobra i niech pamięta o przymierzu swoim, [zawartym] z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem, wiernymi swoimi sługami; niech da wam wszystkim serce, abyście czcili Go i wykonywali Jego wolę sercem wielkim i duszą ochotną; niech otworzy wasze serce dla swojego Prawa i dla przykazań, a niech sprawi pokój! Niech wysłucha waszych modlitw, niech da się wam przejednać i niech was nie opuści w złym czasie! Oto teraz tutaj modlimy się za was” (2 Mch 1,2-6).



To coś w rodzaju życzeń. Zauważmy, że w tym tekście jakoś szczególnie pobrzmiewa słowo „serce”. Być może mając w pamięci nowotestamentowych faryzeuszów Izraelici mogą nam się raczej kojarzyć z jakąś sztywnością czy mechanicznym wykonywaniem prawa. Co więcej, może lektura większej części Starego Testamentu rodzi w nas wrażenie, że najważniejsza dla Żydów powinna być skrupulatność w wypełnianiu najróżniejszych przepisów prawa. Niestety wielu ludzi poszło właśnie tą drogą w rozumieniu Prawa i dekalogu, co właśnie z wielkim zapałem Pan Jezus próbował wykorzenić z postępowania i sposobu myślenia także wielu sobie współczesnych. Jeśli zatem myślimy, że u źródeł Prawa i przykazań stała jakaś forma obsesyjnego formalizmu, to jesteśmy w wielkim błędzie! Dlatego tym bardziej popatrzmy, jak piękne przesłanie wypływa z 2 Mch 1,2-6. Jakież piękne życzenia i jakie głębokie, bo właśnie jedni Żydzi nie życzą drugim światłego rozumu, wielkiej inteligencji czy wiedzy albo też rozumienia Prawa lub nieskazitelności w jego wypełnianiu. A czego życzą? Serca i duszy ochotnej. To jest istota! Cóż za piękne zrozumienie sedna Prawa i dekalogu, czyż nie? Aż cisną się tu też słowa Pana Jezusa: „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,13). Podobną tematykę poruszyłem we wpisie poświęconym fragmentowi Drugiej Księgi Kronik. Jest to jednak kwestia na tyle ważna, że można by jej poświęcić pewnie osobną serię ;).

Choć do Wielkanocy jeszcze daleko, to jednak już teraz warto pomyśleć, że może fajnie byłoby złożyć innym tego typu życzenia. Co Wy na to? A może to dobre życzenia na jakąś inna okazję, np. imieniny czy urodziny. Wypowiedzcie się w komentarzach.



Czy mam już serce i duszę ochotną do odpowiadania na Bożą Miłość Miłosierną? Co robię, żeby siebie i innych prowadzić drogą umiłowania Pana i Jego przykazań sercem i duszą ochotną?