sobota, 19 stycznia 2019

Wpis specjalny #1_Biblijny Rabanx100

Mocny wywiad, czyli Moc w słabości się doskonali



Gdy licznik wpisów na blogu Biblijny Raban zbliżał się do 100 pomyślałem, że we wpisie nr 100 przydałoby się coś trochę innego niż do tej pory. A zatem dzisiaj nie oddaję w Wasze ręce kolejnego tekstu z gatunku Pochylmy się nad..., Boże paradoksy, Mitołamacz, Niespodzianka czy Radośnik, ale zapraszam do lektury miniwywiadu, w którym zadałem kilka pytań Przemysławowi Janiszewskiemu.

Przemysław prowadzi coraz bardziej rozpoznawalny kanał na YouTube Moc w słabości, którego mam zaszczyt być widzem. Przyznam, że filmy tworzone przez Przemysława mają wyjątkowy klimat i naprawdę zbliżają do Boga i Matki Najświętszej. Zachęcam do subskrybowania kanału i serdecznie zapraszam do lektury tego, co znajdziecie poniżej.


1. Biblijny Raban: Panie Przemku, bardzo dziękuję, że zgodził się Pan odpowiedzieć na kilka pytań. Jest Pan znaną osobą w Internecie przede wszystkim za sprawą kanału „Moc w słabości”. Jak to się stało, że wybrał Pan akurat fragment zaczerpnięty z 2 Kor 12,9 jako nazwę swojego kanału? Dlaczego właśnie to, a nie inne motto działalności – „lecz [Pan] mi powiedział: «Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali». Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa”.

Przemysław Janiszewski: Dziękuję za dobre słowo – Bóg zapłać. Szczerze mówiąc to wielokrotnie zastanawiałem się, kiedy i w jakich okolicznościach pojawiła się w moim sercu myśl o nazwaniu kanału na YT słowami z Drugiego Listu św. Pawła do Koryntian „Moc w słabości”. I naprawdę nie mam pojęcia, jak to się stało :) Wiem tylko i aż tyle, że tamten moment, tamten czas był dla mnie duchowo bardzo trudny – jeden z najtrudniejszych w moim życiu. Zmagałem się z całym zestawem hardocre'owych grzechów, nie ufałem nikomu: Ani Bogu, ani tym bardziej sobie. Słabość, kruchość i mrok samotności otaczały mnie zewsząd i znalazły miejsce w mojej duszy. Nagrałem pierwszy film o Powstaniu Warszawskim w piękny, słoneczny październikowy dzień – trzymając kamerę w ręku. Wyłączyłem i... wrzuciłem na YouTube bez żadnego montażu... Wtedy kanał miał już swoją nazwę: MOC W SŁABOŚCI. Nie wiem, kiedy wpisałem jego nazwę...


2. BR: Stali widzowie Pana kanału zapewne wiedzą, że spędził Pan kilka lat w Wyższym Seminarium Duchownym, ale koniec końców nie został duchownym. Czy w swojej działalności widzi Pan palec Boży w tym sensie, że Bóg zamiast mieć z Pana kapłana, przeznaczył Pana do głoszenia Ewangelii jako osoba świecka? Czy widzi Pan obszary do działania, w których byłoby Panu trudno działać jako ksiądz, ale jako świecki może Pan zdecydowanie więcej?

PJ: Myślę, że Pan Bóg miał kolejny raz okazję okazać mi Swoje Miłosierdzie. On lubi, kiedy jesteśmy szczerzy w naszych wyborach – kiedy nawet, jeśli nam nie idzie, chcemy być przy Nim. Bo kiedy wkrada się w nasze serca egoizm i słabość, On wyłącza nam światło. Nastają ciemności, abyśmy sercem uświadomili sobie naszą samoniewystarczalność i aby On mógł nam się ukazać w Swej Pełni: Jako Światło i Miłość miłosierna. Stwórca pokonał zło, grzech i Szatana i potrafi z każdego zła wyciągnąć dobro. Tak, jak ze śmierci Chrystusa wyciągnął Zmartwychwstanie. Oczywiście to nie oznacza, że mamy pozwalać „wodzić się na pokuszenie” Złemu. Jednak nie możemy wpadać w beznadzieję, która jest swego rodzaju bałwochwalstwem: Oddawaniem czci temu, co nam nie wychodzi. Bóg jest ponad tym wszystkim. Z tego wynika odpowiedź na Pana pytanie: Bóg mówi: „Wystarczy Ci mojej łaski”. Co oznacza, że gdziekolwiek będziesz, jeśli z Nim będziesz, będą działy się cuda. Nie w znaczeniu dosłownym, ale w znaczeniu tego, Kim Bóg jest z natury. A On przede wszystkim JEST (Jahwe) i to wszędzie, szczególnie w ciemnościach jako Światło Nadziei, która zawieść nie może (Rz 5, 5) oraz jako Miłość, która nie może przestać dawać Siebie. Dar jest po stronie Boga – jego przyjęcia po naszej. Kiedy go przyjmujemy, Bóg prowadzi nas do Nieba, jak GPS: Jeśli zbłądzimy, wyznacza nam inną trasę. Cel podróży pozostanie ten sam
.


3. BR: Czym dla Pana tak osobiście jest Biblia? Bogata wiedza, którą dzieli się Pan z widzami, dowodzi m.in. częstego sięgania po Słowo Boże.

PJ: Biblia to dla mnie przede wszystkim nieogarnięte w swojej stwórczej i zbawczej mocy Słowo Boga, a zatem Pismo Święte prowadzące do świętości. Arka Ocalenia i recepta na życie wieczne – mapa do Nieba z zapisem historii każdego z nas, bo każdy może odnaleźć w biblijnych dziejach definicję swoich codziennych zmagań i walki o Szczęście bez granic: Poza czasem i przestrzenią. To imienne zaproszenie do Nieba adresowane absolutnie do każdego.



4. BR: Jak zachęciłby Pan do częstszego sięgania po Biblię tych, którzy czują przed nią jakieś opory? Może trzeba potraktować czytanie Słowa Bożego jako postanowienie noworoczne?

PJ: Myślę, że Pismo Święte do duchowe DNA każdego człowieka. Chcąc odkryć swoją prawdziwą tożsamość, musimy poddać się Słowu Bożemu: Dać się przez nie prześwietlić. Nierzadko to boli, bo odkrywa prawdę o nas. Dlatego jedyna moja zachęta do przeczytania Pisma Świętego brzmi następująco: Daj sobie trzy minuty i otwórz na chybił-trafił tę Księgę, a poczujesz duchową adrenalinę, że Ktoś właśnie wszedł w Twoją codzienność. 


5. BR: A co Pana zdaniem powinny robić osoby, które chcą zachęcać innych do czytania Biblii, aby ich działania przynosiły owoce?

PJ: Przede wszystkim swoją codziennością pokazywać, że Pismo Święte jest Księgą żywą i żywych – ożywia i daje duchowego kopa. We współczesnej „zagadanej” cywilizacji kreowanej przez globalną kulturę, częściej należy zachowywać wstrzemięźliwość w słowach i jeszcze częściej powinniśmy wychodzić naprzeciw złu odpowiadając nań dobrem. A zatem mniej gadać, mniej czynić na pokaz, więcej adorować i przyjmować Boga w Sakramentach świętych, niosąc Go w ciemności niewiary. Bóg bardzo dobrze czuje się pośród grzeszników, bo wtedy może być Sobą: Może na maxa okazywać Swoje Miłosierdzie.
Gdy przyjmujemy chrzest i gdy świadomie wierzymy w Boga, jesteśmy Jego dziećmi; jesteśmy największymi szczęściarzami we wszechświecie!



fot. Free-Photos (Pixabay.com)

6. BR: Pana filmy są również przepełnione miłością do Matki Bożej i Różańca. Przy profilu Biblia i Historia 8 grudnia 2018 r. wystartował InBiRR – Internetowo-Biblijne Róże Różańcowe. Jak zachęca Pan ludzi do częstego sięgania po ten fenomenalny przedmiot, jakim jest różaniec, i jak rozbudza Pan w ludziach miłość do Maryi, pięknej Kecharitomene?

PJ: Wystarczy spojrzeć na Maryję i poznać Ją taką, jak jest. Lubię nazywać Matkę Boga - za ks. Dominikiem Chmielewskim, Piękną Kecharitomene, a zatem Pełną Łaski. Ci, którzy widzieli Ją „twarzą w twarz” w Lourdes, La Salette i Fatimie nieustannie powtarzali, że Jej Piękno jest nie do opisania. Jeśli chcesz poznać Boga w Jego cudowności, Boskości i Pięknie, weź Maryję za rękę – za różaniec i oddaj Jej swoje życie, a zatem swoją codzienność, nie pozostawiając niczego dla siebie. Jeśli na Jej prośbę Chrystus w Kanie Galilejskiej dokonał pierwszego cudu, to i dziś na Jej prośbę wobec Ciebie dokona cudu. Jakiego? Ty wiesz, o co chcesz Go przez Jej wstawiennictwo prosić. Tylko nie zapomnij od razu podziękować, bo Bóg działa szybciej niż nam się wydaje. 


7. BR: Może zdradzi Pan na koniec najważniejsze cele związane z Pana działalnością, które stawia sobie Pan w nowym roku?

PJ: Cel najważniejszy na każdy rok, bo nie wiem, który będzie moim ostatnim: Nie uciec przed Bogiem, jak Jonasz, nie zdradzić Go, jak Naród Wybrany na pustyni, nie wyprzeć się Go, jak św. Piotr – dać się Mu poprowadzić, jak św. Jan od Krzyża: Na szczyt Góry Karmel, góry, na której bałwochwalstwo przegrywa ze zwyczajną Obecnością Niezwyczajnego. Poza tym planuję produkcję długometrażowego filmu o świętości w czasach nie-świętości oraz serię wywiadów na kanale ze współczesnymi mistrzami życia duchowego. Na prośbę widzów otwieram oficjalny sklep z gadżetami kanału. Planuję także ukończyć jedną z kilku moich książek. Oczywiście, jak Bóg da i moja głupota mnie nie zdominuje ;) Nade wszystko... Do zobaczenia najpóźniej w Niebie.

BR: Bardzo dziękuję, Panie Przemku, że poświęcił Pan dla nas czas i podzielił się tyloma interesującymi kwestiami. Życzę Panu, aby nie tylko ten nowy rok, ale i następne przynosiły jak największe owoce działalności, którą Pan tak pięknie z Bożą pomocą prowadzi. Wszystkiego dobrego i z Panem Bogiem.

Zachęcam Was jeszcze do obejrzenia świadectwa, jakie daje o sobie (a właściwie o Bogu i Maryi) Przemysław na swoim kanale:


Jeśli macie ochotę, możecie zajrzeć do wpisu na moim drugim blogu, gdzie swego czasu opublikowałem wywiad z... Przekonacie się sami klikając tutaj :)

A zatem do poczytania w, daj Boże, 101 wpisie na Biblijnym Rabanie.




piątek, 21 grudnia 2018

Adwent 2018 #4 Adwent liturgiczny (J 1,1-18)

Bez owijania w bawełnę - jesteś dzieckiem Boga!


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

W ramach tegorocznych minikonferencji adwentowych próbowaliśmy sobie m.in. na nowo uświadomić, że istnieje wiele adwentów. Jest oczekiwanie na paruzję (powtórne przyjście Pana Jezusa na ziemię), jest wyczekiwanie na spotkanie z Panem w śmierci i wreszcie jest wiele sytuacji, gdy pragniemy, aby Jezus przyszedł i pomógł rozwiązać nakiś trapiący nas problem. Dzisiaj przejdziemy do chyba najbardziej oczywistego Adwentu, jakim jest okres liturgiczny, w którym przygotowujemy się do uroczystości Bożego Narodzenia, którą już za kilka dni będziemy przeżywać.

Chciałbym, żebyśmy w tym naszym dzisiejszym zamyśleniu tak naprawdę uwierzyli w jedną prawdę, która z jednej strony jest oczywista, a z drugiej często umyka nam pośród rozlicznych gonitw i porządków okołoświątecznych. A bez niej te Święta w zasadzie nie mają sensu.



fot. Ijcor, Pixabay.com

Wśród czytań drugiej części Adwentu znajduje się i to, które otwiera Ewangelię wg św. Mateusza i zarazem cały Nowy Testament. Chodzi o Mt 1,1-17. Może wielu z nas przysypia, gdy ksiądz odczytuje szereg egzotycznie brzmiących imion; ten był ojcem tego, a tamten znów tego, itd. Jest tam i niejaki Azor, który wydaje nam się może nieco bardziej swojski przez opaczne skojarzenie z pewnym czworonogiem... Również w Ewangelii wg św. Łukasza znajdziemy rodowód Jezusa (Łk 3,23-38) różniący się nieco od Mateuszowego. Nie będziemy tutaj szczegółowo wnikać w przyczyny tych różnic. Jeśli ktoś jest tym szczególnie zainteresowany odsyłam do bestsellerowej książki papieża Benedykta XVI pt. "Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo". Oprócz tych tekstów jest jeszcze inny, który otwiera Ewangelię wg św. Jana (J 1,1-18). Wbrew pozorom ten bardzo dziwnie, tajemniczo i uczenie brzmiący tekst wprowadza nas nawet głębiej w tajemnicę rodowodu Chrystusa niż dwa poprzednie, skrupulatnie wyliczające przodków Mistrza.

Wszyscy chyba znamy ten fragment, niektórzy może nawet potrafią wyrecytować urywki z pamięci. Mowa tam jak wiemy o Słowie, które stało się ciałem. Tym Słowem jest oczywiście Pan Jezus, który dla nas przybrał ludzką postać, stał się jednym z nas. A jak to się ma do rodowodu? Przytoczmy trzy wersety:

"Wszystkim tym (…), którzy Je (Słowo) przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego -
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy".


I tutaj dochodzimy do istoty sprawy, dochodzimy do prawdy, którą wcześniej zapowiadałem. Jeśli w kimś z nas zrodziło się jakieś uczucie zazdrości, że np. król Dawid czy jakiś tam Azor znajdowali się wśród przodków Pana Jezusa, to musi on zaniechać swojego negatywnego uczucia. Zauważmy, że więzy krwi i pokrewieństwo fizyczne są ważne, ale z chwilą przyjścia Chrystusa na ziemię najważniejsze okazuje się coś innego - Jezus uzdolnił nas do stawania się dziećmi Bożymi przez wiarę. A to dziecięctwo Boże jest nawet o wiele ważniejsze niż pochodzenie tylko na sposób ludzki. Gdy przyjmujemy chrzest i gdy świadomie wierzymy w Boga, jesteśmy Jego dziećmi; jesteśmy największymi szczęściarzami we wszechświecie!

A zatem z jednej strony pomimo najróżniejszych badziewi i tałatajstw, które może nas trapią, pomimo wszelkich grzechów i różnorodnych słabości i z drugiej strony pomimo całej bieganiny i komercyjnej otoczki Świąt, uwierzmy, uświadommy sobie tę prawdę, że jesteśmy dziećmi Boga i w pewnym sensie rodzeństwem Pana Jezusa, a Maryja jest naszą Matką. Niech to będzie myśl przewodnia tej zbliżającej się uroczystości.

Prośmy Świętą Rodzinę, aby uczyła nas całym sercem przyjmować tę prawdę: Święta Rodzino, módl się za nami!

PS A z okazji Narodzenia Pańskiego i Nowego Roku oprócz tradycyjnych kwestii takich jak zdrowie, potrzebne łaski i Boże błogosławieństwo życzę Wam i sobie także i tego, żebyśmy tak naprawdę zakochali się w Słowie Bożym i ochoczo sięgali po nie każdego dnia nie tylko w nowym roku 2019, ale zawsze.

Kolejny wpis na Biblijnym Rabanie będzie tym 100 na blogu. Z tej okazji szykuję (szykujemy...) dla Was coś specjalnego. Póki co nie zdradzę szczegółów ;)

środa, 19 grudnia 2018

Adwent 2018 #3 Adwent Jaira (Mk 5,21-24,35-43)

Nie rozdziobią nas ani kruki, ani wrony


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!


Mówiliśmy sobie już o dwóch rodzajach Adwentu: ostatecznym i osobistym. Dzisiaj zajmiemy się chyba tym nieco mniej oczywistym od pozostałych - adwentem, który przeżywał biblijny Jair oraz tak wielu ludzi na całym świecie.

Otwórzmy Ewangelię wg św. Marka (Mk 5,21-24,35-43). Do Pana Jezusa przybywa niejaki Jair i usilnie Go błaga: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła". Zachęcam, abyśmy teraz potraktowali sytuację w jakiej znalazł się Jair jako symbol najróżniejszych ludzkich niedomagań - fizycznych, psychicznych i duchowych.

Taki człowiek również przeżywa swoisty adwent licząc, że Pan przyjdzie i pomoże. Jair mówi do Jezusa: "przyjdź", a przecież "adwent" znaczy "przyjście". Bardzo ważne jest to, żeby w takiej sytuacji czekać aktywnie, a nie biernie. Tego uczy nas postawa przełożonego synagogi.



Zawęźmy nieco temat. Wyobraźmy sobie teraz, że Jair symbolizuje człowieka umierającego duchowo. W takim toku rozumowania jego córeczka będzie obrazem duszy ludzkiej, skąpanej w grzechach ciężkich. W Ewangelii czytamy, że gdy Jair spotkał się już z Panem doniesiono mu: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?". W życiu codziennym zdarza się, że wielki grzesznik, który resztkami sił szuka pomocy, słyszy od innych: "Twoja dusza już umarła, dla takiego badziewia jak ty, nie ma już ratunku! Jesteś skończony!". A Jezus mówi: "Nie bój się, wierz tylko!". Nie tylko mówi, ale działa. Odpowiada czynem na aktywizm Jaira. Idzie do jego domu i w otoczeniu jedynie kilku osób mówi do dziewczynki: "«Talitha kum», to znaczy: «Dziewczynko, mówię ci, wstań»!". Podobne doświadczenie staje się udziałem grzesznika, który w sakramencie pokuty spotyka się z Panem, z dala od tłumu, w bardzo bezpośredni sposób.

W zakończeniu historii Jaira i jego córki czytamy, że Jezus polecił, aby dziecku dano jeść. Dusza ludzka, wskrzeszona znów do życia potrzebuje także "strawy". Co nią może być? Wymieńmy kilka przykładów: Eucharystia, inne modlitwy, post, czytanie Słowa Bożego, itp.

Liturgiczny czas Adwentu jest wyśmienitą okazją do takiego powstania duszy ze śmierci do życia. Jeśli targają nami jakieś obawy albo ciągle upadamy w grzechy powinniśmy wiedzieć, że jeśli udamy się do Jezusa podobnie jak przełożony synagogi, nie rozdziobią nas kruki i wrony, jak w dziele Żeromskiego, które mogą symbolizować wszelkie zło, słabości, grzechy, upadki, itd.

Prośmy Matkę Najświętszą, abyśmy każdego dnia pozwalali Jezusowi uzdrawiać nasze ciała, psychikę, a zwłaszcza dusze. Wołajmy: "Pod Twoją obronę..."


piątek, 14 grudnia 2018

Adwent 2018 #2 Adwent osobisty (Ap 3,14-22)

Tylko On i Ty


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!


Mówiliśmy sobie już o Adwencie ostatecznym. Dzisiaj na bazie fragmentu z Apokalipsy św. Jana zatrzymajmy się przez chwilę nad innym Adwentem, może mniej oczywistym na pierwszy rzut oka, a prawdopodobnie o wiele bardziej realnym dla nas niż ostateczne przyjście Pana Jezusa na ziemię. Chodzi o naszą śmierć.




W trzecim rozdziale Apokalipsy znajduje się bodaj najsmutniejszy z listów, jakie kieruje Duch Boży do Kościołów. Adresatem jest wspólnota w Laodycei. Pan upomina jej członków, aby stali się bardziej jednoznaczni w kwestii wiary, bo do tej pory byli letni, czyli ani nie bardzo bezbożni, ale i nie tak bardzo źli. Ot, tacy przeciętni chrześcijanie. Na dodatek dobrze im się wiodło i byli zasobni nie w miłość do Boga i ludzi, ale ziemskie bogactwa.

Ciarki przechodzą po plecach, gdy czyta człowiek słowa Boże skierowane do Laodycejczyków: "chcę cię wyrzucić z mych ust". Gdy sobie człowiek uświadomi, jak często jest w wierze letni, nie jest to zbyt miłe uczucie...

Jest jednak na to ratunek, który daje sam Pan: "Bądź więc gorliwy i nawróć się". Końcówka perykopy jest pełna nadziei i myślę, że może pięknie obrazować ostatnie chwile człowieka przed śmiercią. Czytamy: "Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną". Może mamy w głowie taki obraz śmierci, że oto przychodzi Pan Bóg bez pytania, stawia nas na stołku, sądzi i odczytuje wyrok, po czym lądujemy na górze (co daj Boże), po środku lub na dole (od czego uchowaj nas, Panie). Tymczasem ten obraz z listu do Laodycei ukazuje Pana łagodnego, który nie narzuca się, ale wszystkim, którzy ostatecznie za Nim się opowiedzą, oferuje wstęp na ucztę wieczną. Jasne, że będzie tam mnóstwo ludzi, ale to przejście odbywa się w niezwykle intymnej scenerii - tylko Jezus i Ty.

Absolutnie wyjątkowe jest kolejne zdanie: "Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie". Jezus nie tylko stał się dla nas człowiekiem, ale na dodatek pozwala nam, ludziom, kosztować wiecznej chwały, ramię w ramię z Nim.

Módlmy się zatem do Maryi, Pani Adwentowego czuwania, aby wspomagała nas w jak najlepszym kroczeniu po drogach naszego życia, które jest Adwentem i aby wyprosiła nam łaskę szczęśliwego przejścia na wieczną ucztę, gdy Pan nas powoła do siebie. Prośmy, aby był to najszczęśliwszy moment naszego życia. Zdrowaś Maryjo...


sobota, 8 grudnia 2018

Adwent 2018 #1 Adwent ostateczny (Łk 21, 25-28. 34-36)

Wszystko się wali? Głowa do góry!


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!


W tamtym roku były „Cztery spotkania” (np. pierwsze o synu marnotrawnym), w tym roku zapraszam na „Cztery Adwenty i jeden Pan Bóg”. Będą to krótkie zamyślenia, do których czytania zachęcam Was przy podkładzie muzycznym - przepięknym chorale gregoriańskim. Jak sama nazwa wskazuje, dotkniemy kwestii czterech okresów adwentowych, dwóch bardziej oczywistych, dwóch może nieco mniej.



Niektórzy może nieco dziwią się, dlaczego przez dużą część Adwentu w liturgii słuchamy o czasach ostatecznych. Listopad to rozumiem, ale grudzień? W grudniu powinniśmy się zajmować już tylko szopką, wołkiem, osiołkiem i pastuszkiem, który gra na fujarce. Okazuje się, że ci, którzy ustalali jakie teksty będą czytane w poszczególne dni Adwentu wcale nie przysnęli pociągając tematykę listopadową do połowy grudnia. To jak najbardziej świadoma decyzja; i bardzo dobrze.

„Adwent”  wywodzi się od łacińskiego „adventus” (przyjście). Tak naprawdę w tym okresie to oczekiwanie na przybycie Pana Jezusa nie tyle odnosi się do Jego narodzin w Betlejem, ale właśnie Jego przyjścia na końcu czasów. W I niedzielę Adwentu w tym roku czytaliśmy fragment Ewangelii wg. św. Łukasza. Zapraszam Was raz jeszcze do lektury tej perykopy: Łk 21, 25-28. 34-36.

Są tam opisane dość przerażające katastrofy, które będą towarzyszyć przyjściu Pana na końcu czasów. Tym bardziej zaskakujące wydają się słowa Chrystusa: „gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”. Następnie Pan Jezus przestrzega przed popadaniem w szereg podłości i zachęca do czuwania. Na końcu fragmentu czytamy:„Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym”. Mówiąc prościej: jeśli będziemy starać się, aby podążać drogą Bożych przykazań i miłości, to wtedy może rzucić się na nas całe zło, może grzmieć, wiać i woda nas zalewać, ale nam nic się nie stanie.

W kontekście tego fragmentu i kilku innych w Biblii chodzi za mną taka myśl (bardzo oczywista, ale chyba często nam umyka), że jeśli jesteśmy blisko Pana to NIC, absolutnie NIC nie może nam się stać. Jest jakąś tajemnicą fakt, że tam gdzie zło zdaje się rzucać do boju wszystkie swoje siły, Pan przychodzi z mocą jeszcze nieskończenie większą od całych zastępów zła, a nawet ze zła potrafi wyprowadzić dobro, choć nie On jest sprawcą zła. „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Z perspektywy zła wygląda to trochę tak, jakby rzucało bumerangiem, a on z jeszcze większa siłą wraca i zło dostaje „pstryczka w nos”.

W tym właśnie duchu przeżywajmy Adwent i patrzmy dalej, ku czasom ostatecznym. Nie z lękiem, ale podniesioną głową, bo nadchodzi nasze wybawienie.

W intencji takiego przeżywania czasu oczekiwania na ostateczne przyjście Pana odmówmy z wiarą i dziecięcą ufnością: Ojcze nasz...



niedziela, 2 grudnia 2018

#5mitołamacz Jedyny taki ktoś we wszechświecie

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15)


Dziś przeżywamy wyjątkowy dzień - Dzień Pański, a zarazem I niedzielę Adwentu, która rozpoczyna nowy rok liturgiczny. Listopad i początek grudnia to czas, kiedy bardziej niż zwykle nasze myśli biegną ku sprawom ostatecznym. Odwiedziny cmentarzy i czytania liturgiczne mimowolnie przypominają nam o końcu, a raczej o początku, bo dla nas chrześcijan śmierć zaczyna, nie kończy, to co najlepsze.

Tematyka dzisiejszego wpisu zrodziła mi się właśnie w kontekście tego typu apokaliptycznych treści, ale chyba decydującym impulsem było coś innego; dość nietypowego. Swego czasu tak się złożyło, że miałem okazję dwa, może trzy razy rozmawiać przez telefon z pacjentem szpitala psychiatrycznego. Wiecie jak to jest: często mimowolnie traktuje się słowa takich osób z przymrużeniem oka. To może okazać się jednak w wielu przypadkach poważnym błędem. I tak było w naszym przypadku. W pewnym momencie mężczyzna stwierdził, że wierzy, iż w Apokalipsie św. Jana jest ukryta jego historia. Przyznam, że trochę się w środku uśmiechnąłem. Jakoś tak mi jego osoba nie pasowała do poważnej księgi wieńczącej Biblię. I generalnie rzecz biorąc ów pan przesadzał, ale z drugiej strony, gdy się tak dobrze zastanowimy, miał rację...

Po przemyśleniu tych spraw zdałem sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy powinniśmy myśleć podobnie, bo tak właśnie jest: Biblia jest księgą o mnie i o Tobie. Tak właśnie jest! Często ulegamy pokusie, żeby traktować Biblię jako księgę o wszystkim i o wszystkich, ukazującą dzieje ludzkości, nieprzebranych rzesz świętych i grzeszników. Niemniej jednak Pismo Święte jest Słowem Boga do każdego z nas skierowanym bezpośrednio, bo każdy z nas jest jedyny we wszechświecie. Bóg kocha wszystkich, ale przede wszystkim kocha każdego i nikogo nie kocha tak jak Ciebie, bo jesteś jedyny, jesteś absolutnie wyjątkowa dla niego. Pan Jezus umarł na krzyżu za ludzkość, ale i bezpośrednio za Ciebie. Proszę, uwierz w to!

Jeśli dobrze wczytamy się w Słowo znajdziemy bez liku tekstów kierowanych bardzo bezpośrednio. Często Bóg zwraca się do konkretnych postaci, ale nie inaczej zwraca się do mnie i do Ciebie, bo jak wiemy każdy z nas jest absolutnie wyjątkowy.

„Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci jasne” 
(Ps 139, 1-3)

Myślę, że u progu nowego roku liturgicznego warto się nad tym zastanowić, przemyśleć i przyjąć z wielką miłością. I nie chodzi tutaj o to, żeby prowadziło nas to do egoizmu i narcyzmu, ale do tego, abyśmy tak na serio przyjęli wyjątkową Miłość Boga do nas i dzielili się tym ogromem miłości z innymi, którzy w to nie wierzą.

Życzę Wam i sobie dobrego wejścia w Adwent i przeżycia go jak najlepiej, w miłości Bożej i drugiego człowieka.

Zastanawiałem się czy i jeśli tak to co będzie się działo na Biblijnym Rabanie w Adwencie. Rok temu, jak może ktoś pamięta, ukazały się cztery odcinki minikonferencji "Cztery spotkania". W tym roku chciałbym znów, głównie w soboty adwentowe i jeden wpis w jakiś inny dzień, opublikować cztery, krótkie teksty, adwentowe przemyślenia. Na razie zdradzę tylko tytuł: "Cztery Adwenty i jeden Pan Bóg". Nie obiecuję, że uda się to wszystko zaaranżować zgodnie z planem, ale spróbujemy. Serdecznie zapraszam Was i jeśli możecie, polećcie innym.

Szczęśliwego nowego roku liturgicznego!


fot. Free-Photos (Pixabay.com)

    sobota, 17 listopada 2018

    #13 Pochylmy się nad... Hi 42

    Biblijny da Vinci



    Księga Hioba (lub Joba, bo tak też się ją czasami nazywa) jest chyba jedną z najbardziej znanych ksiąg Starego Testamentu. Pojawia się nie tylko na lekcjach katechezy, ale obszerne jej fragmenty znajdziemy również m.in. w podręcznikach do nauki przedmiotów poświęconych kulturze, literaturze, językowi, itp. Sięgali i sięgają po nią wszelakiej maści artyści.

    Wszyscy, którzy choć trochę orientują się w tematyce tej księgi, bez wahania powiedzą, że jej przewodnim motywem jest niezasłużone cierpienie. I bardzo dobrze powiedzą. Przyznam, że do niedawna postrzegałem historię Hioba niemal wyłącznie właśnie przez pryzmat cierpienia. Jednakże ostatnimi czasy ta księga na nowo mnie zafascynowała. Żałuję, że do niedawna była ona dla mnie dość monotonna: cierpienie, cierpienie i jeszcze raz cierpienie. Tymczasem ostatnio Duch Święty dał mi łaskę głębszego spojrzenia na pewne kwestie. Ich kwintesencją jest ostatni rozdział - Hi 42.



    fot. Ilja Riepin, Hiob i przyjaciele (domena publiczna)


    Myślę, że nie ma potrzeby szczegółowego omawiania tutaj dziejów Hioba - zapewne ogólnie je znamy. Ograniczmy się do kilku, kilkunastu zdań. Wiemy, że ten majętny człowiek z ziemi Us stał się pewnego razu przedmiotem tajemniczego zakładu Pan Boga z szatanem. Na jego skutek bohater stracił dobytek, dzieci i zdrowie - zachorował na trąd. Nie utracił jednak wiary. Przybyli do niego trzej przyjaciele (Elifaz, Bildad i Sofar) i na różne sposoby próbowali go przekonać, że powinien się nawrócić i uznać swoje grzechy, gdyż to, co go spotyka, jest skutkiem jego niewierności. Skoro cierpi, doświadcza słusznej kary za grzechy. W końcu do rozmawiających dołączył jeszcze niejaki Elihu, bardzo tajemnicza postać, który nie potępiał Hioba tak jednoznacznie, a jego wypowiedzi nie były tak surowe jak poprzedników. Mimo wszystko również i on zachęcał Hioba do pokory i nawrócenia, aby mógł uzyskać Boże przebaczenie. Hiob pozostawał nieugięty tłumacząc, że szczerze badając swoje sumienie, nie jest w stanie wskazać na żaden grzech, który miałby popełnić - cierpi po prostu zupełnie niezasłużenie. Nie jest to jakieś wymigiwanie się od odpowiedzialności, ale stwierdzenie stanu faktycznego. Już po wszystkich do akcji wkracza Bóg i nie odpowiadając na żadne pytanie, jakie pod Jego adresem padło w czasie rozmowy podkreśla swoją wszechmoc i wszechwiedzę - Boże działania, w tym cierpienie, wymykają się jakimkolwiek ludzkim kalkulacjom; Bóg jest poza tym wszystkim.


    W ostatnim 42 rozdziale Księgi Hioba znajdujemy odpowiedź głównego bohatera skierowaną do Pana Boga, w której wyraża on swój zachwyt i małość wobec Bożego majestatu. Bohater przyznaje, że nie rozumie Bożych zrządzeń i żałuje wszystkich słów, którymi nieudolnie próbował zgłębiać tajemnice Boże.

    Odnosimy wrażenie, że Hiob był najbliżej prawdy o Bogu, ale i tak nie zgłębił jej. Natomiast jego przyjaciele przeciwnie - mieli bardzo zafałszowany obraz Boga i było im bardzo daleko do zrozumienia Bożych prawd. Uniknęli Bożej kary dzięki wstawiennictwu Hioba.

    Postawa Hioba została sowicie nagrodzona. Czytamy o tym w ostatnich wersach księgi.

    Jak sobie już powiedzieliśmy, Księga Hioba nie jest tylko dziełem o niezawinionym cierpieniu. A o czym jeszcze? Może moje spostrzeżenia nie będę jakoś nad wyraz odkrywcze, ale w trakcie pobieżnej lektury historii Hioba możemy nie zwrócić na to uwagi. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ta księga opisuje, jeśli tak można powiedzieć, starcie między Starym i Nowym Testamentem. Jest streszczeniem odwiecznych zmagań człowieka, który na przestrzeni dziejów poznawał Boga coraz dogłębniej. Trzej przyjaciele głównego bohatera reprezentują podejście zbyt logiczno-matematyczne w swoim postrzeganiu Stwórcy. Dla nich cierpienie = kara za grzech; zawsze i wszędzie. Innymi słowy: czynisz dobrze - Pan Bóg cię nagradza, czynisz źle - karze. Idąc tym tokiem myślenia rozumujemy, że trwanie w bezgrzeszności zapewnia szczęście, a grzech sprowadza nieszczęścia. Mężowie trzymali się swojej wizji i wszelkie próby obalenia ich wizji bardzo ich irytowały. Nie wiedzieli jak wyjaśnić sytuacje, gdy ktoś żyjąc w grzechach miał się dobrze, a wielu sprawiedliwych cierpiało. To nijak się miało do ich zero-jedynkowych poglądów. W związku z powyższym trzej przyjaciele reprezentują Stary Testament, który odpowiada pewnemu etapowi dziejów ludzkości, jeszcze przed Objawieniem, jakie przyniósł Pan Jezus.

    Tajemniczy Elihu to z kolei ktoś z pogranicza. Jak wiemy jego poglądy nie były już tak surowe i jednoznaczne jak trzech pozostałych mężów. Niemniej jego wizja Boga nie była jeszcze tak głęboka jak ta, którą reprezentował Hiob. To właśnie Hiob był najbliżej prawdy o Bogu. Choć główny bohater żył w czasach bardzo odległych w stosunku do Nowego Testamentu, to jednak wyprzedzał ziomków w poznaniu Pana. Pewnie to nieadekwatne porównanie, ale Job to ktoś w rodzaju Leonarda da Vinci, tyle że na płaszczyźnie wiary i duchowości - trochę nie pasował do epoki, w której żył, był kimś z przyszłości.

    Mimo to i tak nie dotknął istoty Boga. Któż w ogóle może to uczynić? Pan Bóg wymyka się wszelkim ludzkim kategoriom myślenia i pojmowania - to jest główne przesłanie księgi. To prawda, że Pan Bóg nagradza za dobre czyny; to prawda, że karze za grzechy, ale nie można tego opisać prostym równaniem 2+2=4, jak chcieli przyjaciele Hioba. Bo w takim razie jak zrozumieć scenę z Dobrym Łotrem, jawnogrzesznicą, Zacheuszem i wiele innych. Jak zrozumieć tajemnicę Bożego Miłosierdzia. W tym kontekście mieści się również niezawinione cierpienie, Boże przyzwolenie na działania zła w świecie (z którego Pan i tak potrafi wyprowadzić jeszcze większe dobro), itd. Tego wszystkiego tu na ziemi nie jesteśmy w stanie zrozumieć i trzeba nam powtórzyć za Hiobem: "O rzeczach wzniosłych mówiłem. To zbyt cudowne. Ja nie rozumiem" (Hi 42,3); "kajam się w prochu i popiele" (Hi 42,6). Powinniśmy zgłębiać Boże tajemnice (co staramy się z Bożą pomocą czynić także i na Biblijnym Rabanie), ale nie w postawie pychy, lecz uniżenia i pokory, bo gdy nawet wielu spraw nie rozumiemy, staramy się trwać przy Bogu i ufać mu bez granic.

    Dzisiejszy temat mógłby też znaleźć się w odcinku serii Mitołamacz. Dlaczego? Pięknie ilustruje prawdę o tym, że Biblia nie jest dyktatem Pana Boga, ale dziełem Bosko-ludzkim, toteż na przestrzeni Starego i Nowego Testamentu widzimy ludzkość, która nie od razu poznała Pana Boga w pełni, ale która dopiero krok po kroku uczy się Go, a On odsłania stopniowo coraz więcej prawd o Sobie. Kulminacją tego procesu było oczywiście Wcielenie Słowa Bożego.


    A jak jest ze mną - na jakim etapie poznawania Pana Boga jestem i co robię, aby Go lepiej poznać?